Jak się pali w dzikim kraju

Idzie zima, robi się ciemno i szaro, a w powie­trzu śmier­dzi dymem z węgla i palo­nych śmieci. Tak bar­dzo do tego przy­wy­kli­śmy, że dym i smród wydają się nam nie­od­łącz­nymi ele­men­tami pol­skiej zimy, tak natu­ral­nymi i nie­unik­nio­nymi jak mróż i śnieg.

W nie­chlub­nym ran­kingu euro­pej­skich miast o naj­brud­niej­szym powie­trzu pierw­szą dzie­siątkę oku­puje aż sześć pol­skich miast, przy czym w czo­łówce nie jest wcale Śląsk, ale Kra­ków i Nowy Sącz.

fot. lomianki.pl

fot. lomianki.pl

Dla­czego tak jest? Nie przez sam fakt uży­wa­nia węgla do ogrze­wa­nia, lecz dla­tego, że prawo oraz my wszy­scy dajemy przy­zwo­le­nie, by kop­cić węglem i truć śmie­ciami — a nikogo za to żadna kara nie spo­tka! Węgiel nie jest złym pali­wem — ważne jest JAK się go spala, bo można to zro­bić bez dymu i czy­sto, bez tech­no­lo­gii z NASA.

Czy wiesz, że na rynku grzew­czym w Pol­sce nie ma pra­wie żad­nych norm? Że pra­wie każdy może wypro­du­ko­wać piec węglowy, sprze­dać go, a palić w nim można czym­kol­wiek i jak­kol­wiek? Pol­ska jest pod tym wzglę­dem zady­mioną wyspą syfu na mapie Europy.

Bie­da­kowi wolno truć?

Bieda może zmu­szać czło­wieka do pale­nia węglem, ale nie może być wymówką dla kop­ce­nia węglem - bo czy­ste pale­nie nim jest dar­mowe, osią­galne dla każdego.

W prze­py­chan­kach w spra­wie zakazu pale­nia węglem w Kra­ko­wie czę­sto poja­wia się taki argu­ment: zostaw­cie bie­da­ków w spo­koju, niech sobie kopcą, bo jak im zabie­rzemy węgiel, to umrą z zimna. Sami bie­dacy czę­sto pewni sie­bie mówią: a bo mnie nie stać na węgiel, to będę palić pla­sti­kami, sta­rymi meblami i mar­twymi kotami i co mi zrobicie?

Czy bieda albo głód upo­wa­ża­niają do kra­dzieży jedze­nia? Nie. Więc bieda nie upo­waż­nia też do tru­cia samych sie­bie i ludzi naokoło. Pro­ble­mem ludzi bro­nią­cych prawa do pale­nia węglem jest nie­wie­dza — nie odróż­niają pale­nia węglem od kop­ce­nia węglem. Nie wie­dzą, że można palić węglem i nie kop­cić. A jeśli wie­dzą, to myślą, że do tego potrzeba dro­giego pieca, na któ­rego bie­daka nie stać. Tym­cza­sem jest ina­czej: można palić węglem nie­mal bez dymu i stać na to każ­dego, bo to nic nie kosz­tuje — wystar­czy roz­pa­lić od góry, zamiast od dołu.

Od cie­bie zależy, czy pozwo­lisz się truć dymem z palo­nych śmieci czy choćby tylko węgla. Weź sprawy w swoje ręce - wydru­kuj ulotkę i pod­rzuć sąsia­dom albo powiedz w cztery oczy, że można palić taniej, wygod­niej, a przy oka­zji czy­ściej. Każdy, kto potrafi myśleć i liczyć, będzie ci wdzięczny za taką dobrą informację.

W fabryce sta­lo­wych pudeł

Czy­ta­jąc zamiesz­czane tu arty­kuły zauwa­ży­łeś na pewno, że do spa­la­nia węgla nie wystar­czy po pro­stu sta­lowa skrzy­nia pod­pięta do komina. Spa­la­nie wymaga skrzyni o odpo­wied­niej kon­struk­cji — takiej, która została zapro­jek­to­wana z uwzględ­nie­niem pro­ce­sów rzą­dzą­cych spa­la­niem węgla.

Tym­cza­sem więk­szość rodzi­mych pro­du­cen­tów kotłów węglo­wych to eks­perci w swoim fachu — potra­fią dobrze spa­wać, ale tylko tyle mają wspól­nego z branżą kotłową. Nie mają zie­lo­nego poję­cia o spa­la­niu węgla, dla­tego two­rzą potworki, w któ­rych węgiel zdy­mia się, zamiast spa­lać czy­sto, a w instruk­cjach obsługi naka­zują pale­nie w spo­sób gene­ru­jący dym i pro­blemy.
Nie jest przy­pad­kiem, że czę­sto­kroć w tej samej fabryce z jed­nej taśmy zjeż­dżają kotły węglowe, a z dru­giej — sta­lowe obu­dowy maszyn, beto­niarki albo ogrodzenia.

Aby wypro­du­ko­wać kocioł węglowy wystar­czy być dobrym spa­wa­czem. Do nie­dawna normy wyda­wa­nia zezwo­leń na wpro­wa­dze­nie kotła do han­dlu wymu­szały jedy­nie, by wyrób prze­szedł próby bez­pie­czeń­stwa, tzn. czy wytrzy­muje okre­ślone ciśnie­nie wody i nie zabije użyt­kow­nika przy byle oka­zji. Nie było żad­nych obo­wiąz­ko­wych regu­la­cji odno­śnie czy­sto­ści i efek­tyw­no­ści spa­la­nia. Dziś ist­nieje już jedna obo­wiąz­kowa norma emi­sji (PN-EN 303–5:2012) z pię­cioma kla­sami emi­sji: 1 (naj­gor­sza) — 5 (naj­lep­sza). Co lep­sze kotły zasy­powe są w sta­nie dosko­czyć do klasy 3. Ale to wcale nie ozna­cza, że da się w nich spa­lać węgiel bez­dym­nie albo że nie da się w nich dymić, choćby użyt­kow­nik bar­dzo chciał.

Mimo to pro­du­cenci chęt­nie nazy­wają swoje pudła na węgiel eko­lo­gicz­nymi. Reklamy kotłów aż ocie­kają tym fra­ze­sem. Aż dziw bie­rze, że jesz­cze pie­kło nie pochło­nęło kle­pa­czy kotłów za takie oszu­stwa! Jak można nazwać eko­lo­gicz­nym pudło, w któ­rym da się palić pod­sta­wo­wym pali­wem i zgod­nie z instruk­cją w taki spo­sób, że z komina wali gęsty, gry­zący dym?
Oczy­wi­ście możesz roz­pa­lić od góry albo wpro­wa­dzić drobne prze­róbki i pozbyć się tych pro­ble­mów. Ale to jest chore! Czy wyobra­żasz sobie, byś w nowiut­kim samo­cho­dzie musiał wpro­wa­dzać jakieś drobne poprawki, by nim bez­pro­ble­mowo jeździć?!

Cer­ty­fi­kat figowy

Dobra, powie ktoś, ale prze­cież jest coś takiego jak cer­ty­fi­kat na Znak Bez­pie­czeń­stwa Eko­lo­gicz­nego. To świa­dec­two wpro­wa­dzone przez Insty­tut Che­micz­nej Prze­róbki Węgla w Zabrzu, mające nieco ucy­wi­li­zo­wać rynek kotłów w Pol­sce. Wyda­wane jest dla kotłów, które przejdą odpo­wied­nie bada­nia w Insty­tu­cie. Kry­te­ria tych badań odpo­wia­dają warun­kom dla klasy 3 normy PN-EN 303–5:2012.

Pro­du­cenci usta­wiają się po nie w kolejce. Nie z chęci poka­za­nia, że ich wyroby są dobre, ale dla­tego, że w gmin­nych pro­gra­mach dopłat do eko­lo­gicz­nego ogrze­wa­nia finan­suje się prze­waż­nie kotły posia­da­jące taki certyfikat.

Dobrze, że takie bada­nia są pro­wa­dzone, ale to za mało. To świa­dec­two mówi tylko tyle, że dany kocioł w ogóle umie osią­gnąć moc nomi­nalną (to nie jest takie oczy­wi­ste) i że pra­cu­jąc na tej mocy speł­nia dość luźne normy emi­sji. Dla użyt­kow­nika to żadna infor­ma­cja — kocioł z takim cer­ty­fi­ka­tem nadal może kop­cić i poże­rać opał jak szalony.

Inno­wa­cja? Nie ma takiego mia­sta. Jest Inowrocław

Czy kupił­byś dzi­siaj Syrenkę, gdyby zaczęto je pro­du­ko­wać w wer­sji zna­nej sprzed pół wieku? No wła­śnie. W dzie­dzi­nie kotłów węglo­wych postęp jest bli­ski zeru. Pro­du­cenci mogą przez 40 lat kle­pać to samo, bo klient i tak kupi, byle było tanie. A ze strony pań­stwa nie ma żad­nych norm emi­sji wymu­sza­ją­cych realny postęp.

Jak to, obu­rzy się ktoś, prze­cież mamy ste­row­niki elek­tro­niczne, wen­ty­la­tory, kotły retor­towe!
Zgoda, kotły retor­towe to fak­tyczny postęp. Poja­wiły się w latach 90. wła­śnie jako próba ucy­wi­li­zo­wa­nia ogrze­wa­nia węglo­wego. Jest to zupeł­nie inna jakość pale­nia węglem — zarówno od strony eko­lo­gii jak i wygody — ale te kotły są za dro­gie dla prze­cięt­nego Polaka. Kogo na nie stać, ten wygrał życie. Ale dla więk­szo­ści to rary­tas poza zasię­giem portfela.

Jeśli komuś nie zależy tak bar­dzo na wygo­dzie jak na niskich kosz­tach ogrze­wa­nia, to wybiera pudło do dymie­nia za 1200zł z mar­ketu budow­la­nego. Wła­śnie z powodu tanio­ści stare kop­ciu­chy gór­nego spa­la­nia są zastę­po­wane nowymi kop­ciu­chami. W tej kon­struk­cji typowe pale­nie koń­czy się nie­mo­żeb­nym syfem z komina i mar­no­traw­stwem opału. Roz­pa­la­nie w tych kotłach od góry to zna­ko­mity spo­sób na poprawę sytu­acji, ale jest to tylko pro­teza i wie­dza tajemna — w instruk­cji zwy­kle opi­sane jest pale­nie od dołu, dające dym i syf, a nie ciepło.

Ste­row­niki i wen­ty­la­tory w kotle zasy­po­wym to wielka pomyłka. Tam nie ma czym ste­ro­wać ani po co dmu­chać. Pro­ces ten rzą­dzi się swo­imi pra­wami i wystar­czy mu nie prze­szka­dzać, aby dzia­łał opty­mal­nie. Tyle że cha­rak­te­ry­zuje go duża bez­wład­ność, zaś tfurcy ste­row­ni­ków umy­ślili sobie, że dmu­cha­jąc wen­ty­la­to­rem mogą przy­spie­szyć spa­la­nie węgla kiedy chcą, albo odciąć powie­trze w dowol­nym momen­cie i wyga­sić bez­kar­nie gorącą hałdę węgla kiedy aku­rat cie­pła nie potrzeba. Nic z tego. To nie­moż­liwe, a walka z naturą skut­kuje efek­tami ubocz­nymi — po pro­stu syfem z komina. Stąd wła­śnie takie piece dymią nie­raz gorzej od sta­rych, uty­li­zują bez­li­to­śnie opał, a nie grzeją przy tym domu. Ale i tak się sprze­dają, bo kto dziś kupi piec bez elek­tro­niki, nawet jeśli jest bez­u­ży­teczna albo szkodliwa?

Pań­stwo bez zębów

Pro­du­cenci kotłów węglo­wych tkwią w cza­sach komuny tak tech­nicz­nie jak i men­tal­nie. Czę­sto fabryka robi klien­towi łaskę, że odpo­wie na zapy­ta­nie o aktu­alną cenę swo­ich wyro­bów albo umie­ści dane tech­niczne, a nie tylko uśmiech­nięte buźki z kupio­nych w inter­ne­cie fotek na tle zdję­cia ich kotła. A jak coś się nie podoba, to zapra­szamy do konkurencji.

Gdzie w tej sytu­acji podziewa się pań­stwo? To nie te czasy, gdy rząd w War­sza­wie dyk­to­wał, co i ile ma być wypro­du­ko­wane. Dziś rolą pań­stwa powinno być śru­bo­wa­nie norm emi­sji, nie tylko dla elek­trowni, ale też wobec pro­du­cen­tów i użyt­kow­ni­ków kotłów węglo­wych. To wymu­si­łoby postęp tech­no­lo­giczny, tak jak dzieje się to w innych kra­jach i zmio­tło z rynku pro­du­cen­tów szaf na węgiel i ich pry­mi­tywne wyroby.

Nie­stety pań­stwo unika jak ognia regu­la­cji w tym seg­men­cie rynku. Dla­czego? Czyżby nie były potrzebne? Są potrzebne. Ale byłyby kosz­towne poli­tycz­nie. Nie­za­do­wo­leni byliby ludzie — wszak piec o lep­szej kon­struk­cji kosz­to­wałby ciut wię­cej, no a kto mi zabroni dymić z mojego komina?!  — jak rów­nież pro­du­cenci — dla nich ozna­cza­łoby to koniecz­ność inwe­sty­cji w ludzi i urzą­dze­nia oraz cią­głego rozwoju.

Cho­mąto unijne

Nie­stety euro­pej­skie normy emi­sji dla kotłów i czy­sto­ści powie­trza wciąż nie są u nas w pełni wdro­żone. Jak zwy­kle w takich przy­pad­kach zwle­kamy ile się da, do czasu aż przyj­dzie pła­cić olbrzy­mie kary (w przy­padku nowego sys­temu zago­spo­da­ro­wa­nia odpa­dami zwle­ka­nie trwało ok. 10 lat).

Aktu­alną normą badań ate­sta­cyj­nych kotłów jest norma PN-EN 303–5:2012, będąca wdro­że­niem normy euro­pej­skiej. Wpro­wa­dza ona 5 klas emi­sji, przy czym dopusz­czalne w jej obec­nej wer­sji są tylko klasy 3–5.
Klasa 3 to prze­cho­wal­nia kop­ciu­chów. Zała­pie się do niej więk­szość obec­nie pro­du­ko­wa­nych kotłów, gdyż jej wyma­ga­nia są nie­mal iden­tyczne jak dla cer­ty­fi­katu na Znak Bez­pie­czeń­stwa Eko­lo­gicz­nego. Kotłów węglo­wych miesz­czą­cych się w wymo­gach klas 4 i 5 aktu­al­nie nie ma na rynku. Dopiero poje­dyn­cze sztuki kotłów na pel­let zaha­czają o te wyż­sze klasy (np. firmy Kostrzewa).

Gro­szek nie zawsze eko

Nie jest tajem­nicą, że rynek paliw węglo­wych to także Dzi­kie Pola. Para­me­trów węgla nikt nie kon­tro­luje — kupu­jąc opał w zasa­dzie bie­rzesz go na ładne oczy sprzedawcy.

Wyda­wa­łoby się, że ina­czej jest z eko­grosz­kiem, ale to tylko złu­dze­nie. Począt­kowo eko­gro­szek był słuszną ideą — miał być pali­wem do kotłów retor­to­wych na bazie odpo­pie­lo­nego i odsiar­czo­nego węgla o wyso­kiej war­to­ści opa­ło­wej, nie­spie­ka­ją­cego. I z początku tak było, ale bar­dzo szybko rynek wyssał z pol­skich kopalń zasoby tego naj­lep­szego węgla. Cena eko­groszku poszy­bo­wała w kosmos, a pod tą nazwą zaczęto sprze­da­wać wszystko — zwy­kły węgiel gro­szek, czę­sto spie­ka­jący i szla­ku­jący (dla­tego dziś nie spo­sób go kupić na skła­dzie, a kie­dyś był tań­szy od orze­cha), impor­to­wany pół-brunatny węgiel cze­ski, a nawet gra­nu­lat z miału. To wszystko jest moż­liwe, ponie­waż eko­gro­szek to wyłącz­nie nazwa han­dlowa, nie­za­pew­nia­jąca żad­nych para­me­trów paliwa — bo tych nikt nie kontroluje.

Jak radzi sobie świat

Pona­rze­ka­li­śmy na nasz kraj, a zobaczmy jak sobie radzą na świe­cie. Nie my jedni ogrze­wamy się w więk­szo­ści pali­wami sta­łymi. Mają one spory udział w rynku paliw w Euro­pie czy USA. Ale tam ludzie i wła­dze od dawna wie­dzą, że wdy­cha­nie przez pół roku dymu z komi­nów skraca życie rów­nie sku­tecz­nie jak pale­nie papie­ro­sów, a dym nie jest tylko sprawą este­tyki oto­cze­nia. Dla­tego wpro­wa­dzane są odgórne normy emi­sji dla nowych kotłów i podej­mo­wa­nych jest wiele zróż­ni­co­wa­nych dzia­łań dla stop­nio­wej poprawy jako­ści powietrza.

Europa

Nie jest tajem­nicą, że Europa Zachod­nia pod­cho­dzi do ochrony śro­do­wi­ska w spo­sób wręcz pedan­tyczny z naszego punktu widze­nia. Gdy my dopiero wpro­wa­dzamy segre­ga­cję odpa­dów, Niemcy robią to już pra­wie 20 lat. Odna­wialne źró­dła ener­gii to codzien­ność — mini-elektrownie foto­wol­ta­iczne na dachu co dru­giej sto­doły, farmy wia­trowe nikogo nie dziwią.

Podob­nie jest z ogrze­wa­niem. Dota­cje do eko­lo­gicz­nego ogrze­wa­nia przy­zna­wane są tylko na fak­tycz­nie eko­lo­giczne źró­dła cie­pła - opa­lane bio­masą, w kla­sie 4 lub 5 wg normy EN 303–5:2012. Mało tego — kocioł prócz badań ate­sta­cyj­nych prze­cho­dzi bada­nia po zain­sta­lo­wa­niu w domu klienta, by upew­nić się, że para­me­try emi­sji zade­kla­ro­wane przez fabrykę zostaną osią­gnięte w zesta­wie­niu z tym kon­kret­nym domem (prze­wy­mia­ro­wa­nie kotła odpada). I tego też mało, bo co kilka lat bada­nia emi­sji są powta­rzane, by upew­nić się, że kocioł nie jest wyeks­plo­ato­wany do nieużywalności.

Sze­ro­kie zasto­so­wa­nie węgla do ogrze­wa­nia jest pol­ską spe­cy­fiką. W Euro­pie węgiel jest obecny, ale nie na taką skalę i gene­ral­nie jest stop­niowo wypie­rany przez drewno, pel­lety i gaz ziemny.

USA

W USA naj­tań­szym źró­dłem cie­pła jest drewno. Węgiel, zależ­nie od stanu, jest nieco droż­szy, a naj­czę­ściej jest to antra­cyt. Węgiel kamienny jest tam taką rzad­ko­ścią, jak antra­cyt u nas. Uży­wa­nych jest pra­wie 30 milio­nów pie­ców na drewno. Z uwagi na spe­cy­fikę tam­tej­szego kli­matu i budow­nic­twa są to pro­ste piece wol­no­sto­jące insta­lo­wane w poko­jach mieszkalnych.

Typowy amerykański piec na drewno, fot. vermontcastings.com

Typowy ame­ry­kań­ski piec na drewno, fot. vermontcastings.com

W chłod­niej­szych rejo­nach uży­wane są kotły na drewno. Ale kto roz­sądny trzy­małby kocioł w domu razem z całym tym syfem? Insta­luje się je na zewnątrz…

Kocioł na drewno instalowany poza domem, fot. woodboilers.us

Kocioł na drewno insta­lo­wany poza domem, fot. woodboiler.us

Są to urzą­dze­nia pry­mi­tywne, czę­sto mocno prze­wy­mia­ro­wane, a więc kopcą na potęgę. Zupeł­nie jak wiele kotłów w naszych domach.

Drewno wbrew pozo­rom nie jest czyst­szym pali­wem od węgla — zarówno na pozio­mie składu che­micz­nego spa­lin (zawiera tylko nieco inne nie­ko­rzystne dla zdro­wia sub­stan­cje) jak i tego, co widać na wylo­cie z komina. Pro­blem zady­mie­nia w nie­któ­rych rejo­nach był na tyle poważny, że już 20–30 lat temu pod­jęto dzia­ła­nia zmie­rza­jące do jego niwelacji.

Zaczęto od narzu­ce­nia norm emi­sji dla nowych pie­ców. Zmu­siło to pro­du­cen­tów do poszu­ki­wa­nia nowych, oszczęd­niej­szych i czyst­szych kon­struk­cji. Tak powstały piece kata­li­tyczne. Zasto­so­wano w nich kata­li­za­tor podobny do mon­to­wa­nego w autach. To filtr pokryty meta­lami szla­chet­nymi. Umiesz­czony jest na dro­dze spa­lin do komina i umoż­li­wia obni­że­nie tem­pe­ra­tury ich zapłonu, dopa­le­nie gazów z drewna, a tym samym wydatne ogra­ni­cze­nie dymienia.

Pozor­nie taki kata­li­za­tor to dobre roz­wią­za­nie. Ale nie do końca, gdyż ma on ogra­ni­czoną żywot­ność i dra­stycz­nie pod­nosi cenę pieca — do ok. 2500 dola­rów. Dla­tego piece bez kata­li­za­to­rów nie zostały cał­ko­wi­cie wyparte.

Piece aktu­al­nie sprze­da­wane muszą posia­dać cer­ty­fi­kat EPA (Envi­ron­men­tal Pro­tec­tion Agency, odpo­wied­nik naszego Mini­ster­stwa Śro­do­wi­ska) potwier­dza­jący ich poziom emi­sji i spraw­ność. Stare piece bez cer­ty­fi­katu mogą wylą­do­wać tylko na zło­mie, nie można ich odsprze­dać, ale póki co wolno jesz­cze ich używać.

Porównanie emisji zanieczyszczeń ze starych pieców i tych certyfikowanych, źródło: epa.gov

Porów­na­nie emi­sji pyłów ze sta­rych pie­ców i tych cer­ty­fi­ko­wa­nych, źró­dło: epa.gov

EPA pro­wa­dzi także edu­ka­cję w zakre­sie pra­wi­dło­wego pale­nia w pie­cach na drewno BURN WISE — Learn before you burn (Pal mądrze — naucz się palić zanim roz­pa­lisz). Tak pro­sta sprawa, a u nas jesz­cze nikt na to nie wpadł, by nauczyć ludzi palić w piecach.

Kampania informacyjna o prawidłowym paleniu drewnem

Kam­pa­nia infor­ma­cyjna o pra­wi­dło­wym pale­niu drewnem

Jak w prak­tyce wygląda codzienne pale­nie? Dozwo­lone jest “lek­kie” dymie­nie przez góra kwa­drans w ciągu godziny. Lek­kie dymie­nie ozna­cza 20% nie­przej­rzy­sto­ści dymu, czyli dym musi być dość rzadki. Pod­nio­sły się głosy, że trudno to zmie­rzyć, a zresztą więk­szość ludzi pali gdy jest ciemno. Obec­nie więc czę­sto wdraża się poli­tykę zupeł­nego braku dymu. W dobrym piecu na drewno to żaden problem.

W rejo­nach naj­bar­dziej zanie­czysz­czo­nych jak np. oko­lie Seat­tle wpro­wa­dza się okre­sowe zakazy pale­nia w momen­tach prze­kro­cze­nia norm zanie­czysz­czeń. Sto­pień pierw­szy zakazu ozna­cza, że nie wolno palić w sta­rych nie­cer­ty­fi­ko­wa­nych pie­cach ani roz­pa­lać ognisk czy grilli. Sto­pień drugi ozna­cza cał­ko­wity zakaz pale­nia cze­go­kol­wiek, chyba że jest aku­rat mróz, a nie masz innego źró­dła cie­pła — wtedy możesz palić, ale nie możesz dymić. Ina­czej grozi man­da­cik 1000$. Nie pomogą krzyki i pła­cze, że mój komi­nek to pra­wie nie dymi, a ja chcia­łem sobie tylko ogień popo­dzi­wiać w salonie.

Pol­ska będzie kie­dyś bez dymu

Cze­ski pro­du­cent dobrych kotłów Atmos zamie­ścił arty­kuł pod opty­mi­stycz­nym tytu­łem Cze­chy będą kie­dyś bez dymu. A co z Pol­ską? Czy doży­jemy zimy bez smrodu węgla i palo­nych śmieci? Tak, ale pyta­nie jakim kosz­tem? Normy unijne jako­ści powie­trza prę­dzej czy póź­niej nas dopadną, a za ich nie­speł­nia­nie przyj­dzie zabu­lić dro­żej niż za dzia­ła­nia ogra­ni­cza­jące zadymienie.

Roz­wią­za­niem pro­blemu jest czy­ste pale­nie w tych pie­cach, które mamy oraz wpro­wa­dza­nie tanich i pro­stych kotłów węglo­wych o niskiej emi­sji. Nie­stety póki co pro­du­cenci nie idą tą drogą, bo bar­dziej opłaca się kle­pać tanie i pro­ste pudła do dymie­nia albo dro­gie i napchane elek­tro­niką kotły auto­ma­tyczne. Może obu­dzą się dopiero, gdy pojawi się Pol­ski Alarm Smo­gowy, ale to będzie już za późno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *