Archiwa autora: Wojciech Treter

O Wojciech Treter

Redaktor naczelny (bo jedyny)

O smogu – między negacją a histerią

Rok temu zaczął w Polsce ist­nieć tem­at smogu – nagle, jak za przełoże­niem czar­o­dziejskiej wajchy, wskoczył na czołów­ki mediów. Pora wypros­tować najczęś­ciej pow­tarza­jące się bzdury lub manip­u­lac­je na tem­aty okołos­mogowe – zarówno negu­jące jego ist­nie­nie lub skut­ki, jak i nakrę­ca­jące nad­mierną his­ter­ię.

Żeby nie było nieporozu­mień, zaz­naczę otwartym tek­stem: smog jest, to jest prob­lem (nawet gdy­by nie szkodz­ił wcale, to po pros­tu jest uciążli­wy i jest też niepotrzeb­ną stratą pieniędzy) i trze­ba z nim wal­czyć na wszelkie rozsądne sposo­by – czyli takie, co nie czynią więcej szkody, niż pożytku. A ten tekst jest próbą poszuki­wa­nia rozsąd­ku właśnie, pośród nier­az pro­pa­gandy i owczego pędu.

Czy smog w ogóle istnieje?

Siwo, że oko wykol, siekierę moż­na zaw­iesić – takie ogólne poję­cie o smogu wpoiły (przy­na­jm­niej mnie) lata edukacji. Smog to było coś, co wys­tępu­je w Chi­nach i Indi­ach a w Polsce – co najwyżej na Śląsku, między hutą a kopal­nią.

Więc jak to jest, że nagle zaczę­to mówić o smogu właś­ci­wie w całym kra­ju, w słoneczne dni z prze­jrzystym powi­etrzem i w dodatku obwinia się o jego pro­dukcję głównie ogrze­wanie domów kiedy prze­cież huta i elek­trow­n­ia dymi ostro? Jeśli to wszys­tko praw­da, to tak źle nie jest prze­cież od wczo­raj – jak mogliśmy tyle lat tego nie zauważać?

Po kolei:

  • Definic­ja smogu zawsze była dość luź­na, to coś jak ter­min “choro­ba”, w którym mieś­ci się zarówno biegun­ka jak i nowotwór. W rozu­mie­niu smogu właśnie prze­suwamy się w kierunku biegun­ki… momen­ta­mi nawet dosłown­ie. To do pewnego stop­nia uza­sad­nione, bo kiedy jest siwo, to już konkret­ny dra­mat (patrz dalej: “Gdzie zaczy­na się smog?”).
  • Mamy wdrukowane w głowach, że to huta i kopal­nia naj­gorzej tru­ją a nasz malut­ki piecyk led­wo tam pyka. Nieste­ty na przestrzeni ostat­nich dekad bard­zo wiele zmieniło się na lep­sze w prze­myśle i trans­porcie a w domowych kotłow­n­i­ach – bywa, że się nawet pogorszyło. Stąd fak­ty­cznie kopce­nie z domowych kom­inów jest ter­az znacznym a miejs­ca­mi nawet głównym spraw­cą syfu w powi­etrzu (zależnie też od rodza­ju zanieczyszczenia). To mówią ofic­jalne dane pomi­arowe państ­wowego mon­i­toringu.
  • W moim odczu­ciu 10–15 lat temu sytu­ac­ja była podob­na, ale dym trak­towało się jako nat­u­ral­ny ele­ment zimy. Jak komuś się smród nie podobał, to najwyżej klął sobie pod nosem zza firan­ki. Ter­az zauważanie i pięt­nowanie dymu i smro­du zaczy­na być masowe. Dlaczego aku­rat ter­az? Cóż, chy­ba rację mają ci, co za przy­czynę wskazu­ją wzrost dobroby­tu – przy­na­jm­niej część z nas nie musi już martwić się, jak związać koniec z końcem, dlat­ego zaczy­na przy­wiązy­wać wagę do zdrowia i este­ty­ki otoczenia, tj. spraw, który­mi nie zaprzą­ta sobie głowy ten, komu led­wo wystar­cza na ogrzanie budynku zimą.

Niech zostanie tak, jak było?

Najłatwiej na to wszys­tko powiedzieć: panie, idź pan, mój dom moja twierdza, 30 lat tak palę i następ­ne 30 lat też tak będę. Nie będziesz – wywiozą cię… nas! … na taczkach. W tym (2017) roku uch­walono szereg uch­wał antys­mogowych, w tym zakaz pale­nia węglem i częś­ciowo drewnem we Wrocław­iu. Pyk – i jest. Niko­go nie obchodzi, kto skąd na to weźmie pieniądze a ludzie nawet o tym nie wiedzą.

My, ogrze­wa­ją­cy węglem i drewnem, powin­niśmy być pier­wszym i najwięk­szym ruchem antys­mogowym. Ale nie takim, co by żył z wal­czenia ze smo­giem – raczej: nie doprowadza­ł­by do jego pow­stawa­nia, spala­jąc więk­szość tru­cizn w zar­o­d­ku.

Kto tak naprawdę lubi wędz­ić się w duszą­cym smrodzie? Raczej trak­tu­je­my to jako zło konieczne “by było tanio”. Prob­lem w tym, że to nie jest tanio – z dymem wyrzu­camy kominem min. 30% pali­wa, nie zda­jąc sobie z tego sprawy! Nie mamy abso­lut­nie żad­nego intere­su w tym, by nasze kominy mogły sobie kop­cić. Mamy wszel­ki interes w tym, by spalać węgiel i drewno jak najczyś­ciej, bo tak jest i taniej, i wygod­niej a – patrząc przyszłoś­ciowo, i to w hory­zon­cie raczej 10 niż 50 lat – to jedy­na dro­ga, by węgiel i drewno w ogóle mogły być stosowane.

Gdzie zaczyna się smog?

Na przestrzeni ostat­nich lat niepostrzeże­nie definic­ja smogu jest roz­cią­gana:

  • kiedyś smog to było ekstremal­nie wysok­ie zanieczyszcze­nie, takie że czub­ka włas­nego nosa nie widać;
  • potem smo­giem zaczę­to nazy­wać każde przekrocze­nie obow­iązu­ją­cych norm – dlat­ego też bywa, że o smogu trąbi się przy pięknej słonecznej pogodzie gdy poziom zanieczyszczenia przekroczy nor­mę, ale nie na tyle, by był dostrze­gal­ny gołym okiem;
  • ostat­nio pod smog pod­cią­gane bywa już zanieczyszcze­nie powyżej norm nie­ofic­jal­nych, ostrze­jszych niż te obow­iązu­jące;
  • kole­jnym i ostat­nim krok­iem będzie nazy­wanie smo­giem każdego nieze­rowego poziomu zanieczyszczenia powi­etrza – już ter­az częs­to pow­tarzane jest, że “nie ma bez­piecznego poziomu zanieczyszczenia powi­etrza”, co nie do koń­ca jest prawdą; nie zbadano tego, gdyż nie ma na świecie miejsc, gdzie było­by ono aż tak niskie.
  • na poziomie zwykłych ludzi coraz częś­ciej każdy dym z kom­i­na nazy­wa się smo­giem. Tak nas wałku­ją media, w których tem­at smogu już praw­ie zawsze ilus­tru­je się fotką kopcącego domowego kom­i­na.

Punkt trze­ci świet­nie obrazu­ją dzi­ała­nia rodz­imego Green­peace-u, który zaczął ostat­nio trąbić o fatal­nej jakoś­ci powi­etrza w okol­i­cy przed­szkoli. Ta akc­ja to majster­sz­tyk, ma trafi­ać w czuły punkt głównie młodych wyk­sz­tał­conych z wiel­kich miast. Zaw­iera spry­t­ną manip­u­lację: zwykły człowiek zrozu­mie z niej, że powi­etrze w okoli­cach wszys­t­kich przed­szkoli w Polsce, nawet nad samym Bał­tykiem, “nie speł­nia norm”. To ma zasi­ać niepokój, bo kto nie chce jak najlepiej dla włas­nego dziec­ka?

Zrzut z uwagasmog.pl

Na powyższym obrazku widać, że mowa jest o “normie WHO”. Dostęp­ny na stron­ie szczegółowy raport wyjaś­nia, że gdy­by trzy­mać się obow­iązu­jącej normy dla pyłu PM10, na obszarach z jej przekroczeni­a­mi znalazło­by się 62% przed­szkoli. Mało dra­matyz­mu a prze­cież “pył zawsze szkodzi i drob­niejszy tym bardziej”, więc za nor­mę przyję­to dużo ostrze­jsze nie­ofic­jalne zalece­nia WHO co do pyłu PM2.5 na poziomie 10µg/m3 śred­niorocznie. Tym sposobem wszys­tkie przed­szko­la w kra­ju zna­j­du­ją się na obszarach, gdzie ten poziom jest przekroc­zony – poziom, nie nor­ma, bo to zalece­nie WHO, a nie obow­iązu­jące pra­wo.

Laik nie odróż­nia normy od zale­ceń i może nie wiedzieć, co to WHO. On ma wejść, sprawdz­ić przed­szkole gdzie posyła dzieci, zrozu­mieć że “powi­etrze szkodzi jego dziecku” – i jak następ­nym razem dostanie prośbę o pod­pisanie pety­cji, by tu czy tam zakaza­li wungla czy drew­na – z chę­cią ją pod­pisać i przesłać zna­jomym.

Wszyscy umrzemy – ale raczej nie na raka od smogu

Są tacy, co na widok dymu z kom­i­na sąsi­a­da, rez­er­wu­ją już ter­min do onkolo­ga – bo taką his­ter­ię napom­powano przez wyol­brzymi­an­ie skutków smogu w medi­ach. Tak to już dzi­ała, że pod­da­je­my się bezwied­nie nar­racji, która rzad­ko przed­staw­ia pełny obraz rzeczy­wis­toś­ci we właś­ci­wych pro­por­c­jach. Trze­ba nieco wysiłku, by kry­ty­cznie spo­jrzeć szerzej.

To, że coś jest rakotwór­cze, nie oznacza jeszcze, że masowo powodu­je nowot­wory. Mete­o­ryt, jeśli w cię uderzy, jest śmier­cionośny, ale znacznie łatwiej zginąć od zderzenia z pospoli­tym samo­cho­dem. A jed­nak gdy­by media zaczęły sys­tem­aty­cznie pow­tarzać, że w Polsce spa­da najwięcej mete­o­ry­tów w Europie, to zaraz na uli­cach pojaw­ili­by się ludzie z betonowy­mi para­solka­mi antymete­o­ry­towy­mi, oraz sklepy z takim towarem.

Zanieczyszcze­nie powi­etrza ma potwierd­zone dzi­ałanie rakotwór­cze, ale nie jest byna­jm­niej w czołów­ce przy­czyn nowot­worów. Jakie są główne przy­czyny nowot­worów?

  • pale­nie tyto­niu
  • otyłość (zwłaszcza brzusz­na)
  • alko­hol
  • pewne zakaże­nia wiru­sowe
  • nad­mier­na ekspozy­c­ja na promieniowanie słoneczne i UV (solar­ia)

Pogrom­cy rakotwór­czego ben­zo-a-pirenu! Jak tam u was z unikaniem rakotwór­czego alko­holu? 🙂 Szczytem hipokryzji, czy raczej dyle­tanct­wa, było­by na pewno ści­ganie kopcącego sąsi­a­da przez kogoś, kto sam na co dzień pali papierosy…

Ale: dzieci takie wrażli­we, co z nimi? Czy jak sąsi­ad roz­pala to moje­mu dziecku rak wyras­ta? Nie. I na 90-kil­ka pro­cent nie wyrośnie także później, gdyż pon­ad 90% przy­pad­ków raka płuc związane jest z pale­niem tyto­niu, czyli wdy­chaniem dymu bard­zo podob­ne­go do tego z kom­inów, tylko że w dużo wyższych stęże­ni­ach. Nowot­wory, w szczegól­noś­ci płuc, to – na ile jako medy­czny niefa­chowiec potrafiłem się doin­for­mować – rzecz u dzieci skra­jnie rzad­ka. Jeśli masz lep­sze dane – śmi­ało, daj znać.

Częs­totli­wość wys­tępowa­nia raka płuc w gru­pach wiekowych. Źródło: onkologia.org.pl

Dla myślą­cych zero­je­dynkowo: nie mówię w tym momen­cie, żeby się w ogóle nie prze­j­mować syfem, który wdy­chasz ty i two­ja prog­en­i­tu­ra, ale żeby w tym prze­j­mowa­niu się znać umi­ar – ani nie ignorować, ani nie his­tery­zować. To, że raka nie będzie to nie oznacza, że cier­pią­cym na przewlekłe choro­by płuc nie żyje się odczuwal­nie ciężej w brud­nym powi­etrzu albo że do częstych i przewlekłych “przez­ię­bień” two­jej rodziny zimą nie dokła­da się to, co sąsi­ad zwozi po nocach, rąbie i paku­je do pieca. Może warto z nim po męsku poroz­maw­iać, czy naprawdę jest mu to konieczne do przeży­cia?

Gorzej niż w Pekinie”

Tem­at zanieczyszczenia powi­etrza jest dość tech­niczny: jakieś pyły, ben­zo-coś­tam, miligramy, mikro­gramy, śred­nie takie i inne… Nic dzi­wnego, że wielu się gubi. Tylko dzi­wnym trafem w wyniku tych błędów prob­lem jest raczej wyol­brzymi­any niż pom­niejszany.

Najczęst­sze chy­ba “niezrozu­mie­nie” tech­nicznej strony smogu to trak­towanie odczytów chwilowych nor­mą śred­niodobową. Ten błąd pow­tarza więk­szość “smogowych” aplikacji a nierzad­ko różne gaze­ty wybor­cze.

Ofic­jal­na aplikac­ja Powi­etrze Kraków także niepraw­idłowo uży­wa normy dobowej

Skutkiem tego gdy tylko chwilowy odczyt przekracza nor­mę dobową, inter­net zale­wa­ją posty ze zrzu­ta­mi z aplikacji w alar­mu­ją­cych kolorach – “700% normy!!”. Na koniec dnia najczęś­ciej okazu­je się, że śred­nia dobowa była dale­ka od tak nagłaś­ni­anych wartoś­ci maksy­mal­nych albo i w ogóle nie przekroczyła normy (spo­rady­cznie kos­miczne wartoś­ci to efekt awarii stacji pomi­arowej, wtedy błędne odczy­ty są kasowane). Ale o tym już nikt nie mówi. Jak jest dobrze – to jest cicho.

Inna sprawa to kreaty­wne porówny­wanie się do naj­gorszych. Chy­ba każde­mu obiło się o uszy min­ionej zimy, że w jakimś mieś­cie w Polsce było “gorzej niż w Pekinie”. Chwytli­wy nagłówek, obrazek – i jest news-petar­da. Nikt prze­cież nie będzie dociekał tech­nicznych detali z których wyni­ka, że to porówny­wanie mrów­ki ze słoniem:

  • albo porównu­je się rodz­ime reko­r­dowe wartoś­ci chwilowe z tamte­jszy­mi śred­ni­mi dobowy­mi (typowy­mi lub jed­ny­mi z niższych),
  • albo z obu miejsc bierze się śred­nie dobowe, ale u nas są to wartoś­ci reko­r­dowo wysok­ie, nato­mi­ast tam – jedne z niższych.
  • albo nie wspom­i­na się, że to, co tam jest codzi­en­noś­cią, u nas zdarza się raz na kil­ka lat przy zbiegu wielu nieko­rzyst­nych czyn­ników.

Taki wykres swego cza­su opub­likował krakows­ki pełnomoc­nik ds. smogu za co rzecz jas­na został zgril­lowany, bo śmi­ał studz­ić rozsąd­kiem tak pięknie roz­grzane his­teryczne nas­tro­je.

Indeks jakości powietrza – mówi, jak jest

Aby podać możli­wie rzetel­ną i powszech­nie zrozu­mi­ałą infor­ma­cję o chwilowej jakoś­ci powi­etrza wol­ną od w/w nieporozu­mień i przeinaczeń, wymyślono coś takiego jak indeksy jakoś­ci powi­etrza. W formie obrazkowej, opisowej, kolorowej lub liczbowej w ramach określonej skali obrazu­ją one stan powi­etrza w danym momen­cie. Nie wyma­ga­ją spec­jal­isty­cznej ani nawet ele­men­tarnej wiedzy o tym, co w powi­etrzu fruwa.

W Polsce ofic­jal­nie stosowany jest Pol­s­ki Indeks Jakoś­ci Powi­etrza, zdefin­iowany roz­porządze­niem Min­is­tra Środowiska w 2012 roku. O tę skalę opar­ta jest wiz­ual­na prezen­tac­ja danych na stronach GIOŚ. Strony zagraniczne zazwyczaj korzys­ta­ją z zupełnie inaczej wyliczanych indek­sów, gdyż każdy kraj może mieć swój włas­ny, dos­tosowany do lokalnej specy­fi­ki. Dla miast europe­js­kich opra­cow­ano wspól­ny indeks CAQI. Korzys­ta z niego np. Air­ly.

Pol­s­ki indeks jakoś­ci powi­etrza na stronach GIOŚ

Czy naprawdę do 50 tysięcy Polaków umiera na skutek smogu?

Smog – nie dość, że jest mimo ład­nej pogody, nie dość, że nie z huty a z domowych kom­inów, to jeszcze ludzi ma ponoć zabi­jać, i to od razu 40–50 tysię­cy rocznie. Licz­ba ta pochodzi od Świa­towej Orga­ni­za­cji Zdrowia. Czy to jest praw­da? Jak to zostało polic­zone? Czy to dużo? Jak mogliśmy tego przez tyle lat nie zauważać?

Dość dobrze tłu­maczy ten wbrew pozorom zaw­iły tem­at… zagraniczny Green­peace. To nie jest tak, że tyle rzeczy­wistych osób umarło i w kar­cie zgonu mieli wpisane “zanieczyszcze­nie powi­etrza”. Smog nie jest nigdy jedyną ani główną przy­czyną śmier­ci. Raczej – skra­ca życie wszys­tkim, pro­por­cjon­al­nie do tego, ile się wdy­cha, choć w stop­niu jed­nos­tkowo led­wo zauważal­nym. Stąd trafniej było­by przed­staw­iać jego wpływ jako utra­cony czas życia.

Licz­ba zgonów” to tak naprawdę ta sama infor­ma­c­ja – przelicze­nie utra­conego cza­su życia każdego z nas na “pełnowartoś­ciową” liczbę żywotów ludz­kich. Jest to pewne uproszcze­nie, prze­maw­ia­jące do wyobraźni, acz ryzykowne, bo łat­wo je pod­ważyć twierdząc, że jeśli nie umiera się li tylko od smogu, to smog w ogóle “nie dzi­ała”.

Skąd wiemy, że w czystym powi­etrzu żylibyśmy dłużej? Jak to się mierzy? Ano zestaw­ia się rzeczy­wiste dane o dłu­goś­ci życia, częs­toś­ci wys­tępowa­nia chorób w miejs­cach świa­ta o bard­zo różnym stop­niu zanieczyszczenia powi­etrza. Prze­puszcza­jąc to przez stosowne narzędzia statysty­czne otrzy­mu­je się zależnoś­ci między poziomem zanieczyszczenia a dłu­goś­cią i jakoś­cią życia. Zależność ta jest ewident­na: w syfie żyje się krócej i gorzej, cho­ru­jąc więcej i ciężej.

Z drugiej strony wpływ smogu jest mało spek­taku­larny, odległy w cza­sie i przez to łatwy do zlekce­waże­nia, nawet pomi­ja­jąc żar­ci­ki o statysty­cznie trójnogich psach. Podob­nie jak wpływ na zdrowie czy to nad­mi­aru soli, cukru, czy nawet o wiele bardziej szkodli­wego pale­nia tyto­niu. Świado­mość przy­chodzi zwyk­le wraz z prob­le­ma­mi zdrowot­ny­mi. Nie trze­ba przekony­wać do smogu kogoś, kto odczuwa jakość powi­etrza na włas­nych płu­cach, bez żad­nej “apki”.

Ale – gdy­by te licz­by potrak­tować na moment dosłown­ie – czy 40–50 tysię­cy osób to dużo? Co roku w Polsce umiera ok. 380 tys. osób tak więc smog odpowiadał­by za 13% wszys­t­kich zgonów. Dużo, mało?

W styczniu 2017 od wielkiego smogu umarło 10 tysięcy osób więcej niż zwykle?

Wedle wstęp­nych danych GUS w sty­czniu 2017 zmarło o ok. 10 tysię­cy osób więcej niż w tym samym miesiącu lat poprzed­nich. Kiedy po raz pier­wszy pojaw­iły się te dane, próbowano to pod­ciągnąć choć w częś­ci pod skut­ki sty­czniowego smogu. Rzeczy­wis­tość jest jed­nak dużo bardziej złożona. Do tak dużej licz­by zgonów w sty­czniu 2017 przy­czyniła się kumu­lac­ja kilku czyn­ników:

  • wyjątkowo niskie tem­per­atu­ry
  • wyjątkowo duże zanieczyszcze­nie powi­etrza przy mroźnej i bezwi­etrznej pogodzie
  • wyjątkowo wyso­ka zachorowal­ność na infekc­je górnych dróg odd­e­chowych, w tym grypę

Niem­niej to jest właśnie przykład sytu­acji, gdzie wpływ smogu – choć zwyk­le nie naty­ch­mi­ast morder­czy – mógł być dla wielu z tych 10 tysię­cy osób kro­plą przele­wa­jącą kielich i ostat­nim gwoździem do trum­ny. Z pewnoś­cią nie bez wpły­wu było niedo­grzanie budynków, ale jak to wpły­wa na śmiertel­ność – nikt u nas nie liczy.

Ale przecież Wielki Smog w Londynie ludzi zabijał na ulicach

Papu­gi pow­tarza­ją mantrę o wielkim smogu w Lon­dynie, który naty­ch­mi­ast zabił ład­nych kil­ka tysię­cy osób i dlat­ego w końcu wzię­to i zakazano tam wungla i to jak nożem uciął rozwiąza­ło wszys­tkie prob­le­my. Braku­je w tym opisie jed­nego detalu – sza­le­nie istot­nego: “wiel­ki smog londyńs­ki” nie jest porówny­wal­ny z dzisiejszym nawet naj­gorszym smo­giem w Polsce, był on smo­giem siarkowym i dlat­ego był naty­ch­mi­as­towo zabójczy.

Wysok­ie stęże­nia związków siar­ki w powi­etrzu są dalece bardziej groźne od nawet kilku­nas­tokrot­nych przekroczeń norm zapyle­nia, ponieważ w płu­cach, w kon­tak­cie z wilgo­cią pow­sta­je kwas siarkowy, naty­ch­mi­ast poważnie uszkadza­ją­cy dro­gi odd­e­chowe.

W Polsce współcześnie nic podob­ne­go nie ma miejs­ca. Emis­je związków siar­ki czy to z prze­mysłu, czy z ogrze­wa­nia domów, nie są prob­le­mem. To nie umniejsza skali naszego syfu, ale tam­ta sytu­ac­ja to zupełnie co innego – tak jak różnią się jam­nik i rot­tweil­er, mimo że oba to psy. Ale: patrz punkt wyżej – ekstremalne jak na nasze warun­ki zanieczyszcze­nie powi­etrza, choć nijak mu będzie do smogu londyńskiego, może powodować liczne zgony osób już chorych a przez to wrażli­wszych.

Gdzie zaczyna się obłęd w walce ze smogiem?

W tema­cie smogu nar­rac­ja idzie taka, jako­by nic nie było ważniejsze od zdrowia ludzi (najlepiej dzieci!), więc w walce ze smo­giem nie liczą się kosz­ty i ofi­ary (zwłaszcza gdy “ktoś inny” je ponosi). Tym­cza­sem to niepraw­da – ist­nieje coś równoważnego zdrow­iu ludzi: zdrowie ludzi. Grani­ca wal­ki ze smo­giem jest tam, gdzie jej skut­ki spowodu­ją szkody na czy­imś zdrow­iu. Te skut­ki biorą się ze wzros­tu kosztów ogrze­wa­nia.

Nieste­ty w Polsce niko­go to jak na razie nie obchodzi. Kole­jne uch­wały antys­mogowe mniej lub bardziej obciąża­ją ludzi kosz­ta­mi wymi­any insta­lacji grzew­czej a potem wyższy­mi rachunka­mi za ogrze­wanie. Nikt nie anal­izu­je, czy to wypali, czy ludzie te kosz­ty udźwigną, bo uch­wały najczęś­ciej nakrę­ca­ją kuci na cztery kopy­ta doświad­czeni zieloni lob­byś­ci (nie wiedzieć czemu zwani w tym pro­ce­sie “stroną społeczną”), których to zupełnie nie intere­su­je. Nato­mi­ast zwyk­li ludzie, których się kosz­ta­mi obciąży, o niczym nie wiedzą albo nie mają siły gło­su, bo nie są nijak zor­ga­ni­zowani.

Ostat­nio tem­at ubóst­wa ener­gety­cznego trafił nawet do exposé pre­miera Moraw­ieck­iego. To duży postęp, bo rok temu poję­cie to w ogóle nie ist­ni­ało. Ter­az pre­mier mówi o chę­ci lik­widacji ubóst­wa ener­gety­cznego – tak jak­by nie rozu­mi­ał isto­ty i skali prob­le­mu, bo zlik­wid­ować ubóst­wa ener­gety­cznego nie uda­je się od dekad w kra­jach o wiele od nas bogat­szych.

O niezrozu­mie­niu tem­atu najlepiej świad­czą czyny: najpierw, wów­czas jeszcze min­is­ter, Moraw­iec­ki pod­pisu­je roz­porządze­nie pod­noszące kilkukrot­nie ceny kotłów na węgiel i drewno, by potem obiecy­wać rozwiązy­wanie prob­le­mu, który tym sposobem dra­maty­cznie pogłębił (choć skut­ki dopiero nade­jdą, bo jesteśmy wciąż na etapie wyprzedaży “zapasów mag­a­zynowych”).

Skąd się wzięły “kopciuchy”

Śmieci albo “zły opał” – taki prze­ważnie będzie wyrok postron­nego obser­wa­to­ra na właś­ci­ciela wściek­le kopcącego kom­i­na. Tym­cza­sem wbrew pozorom w więk­szoś­ci przy­pad­ków (zapy­taj dowol­nej Straży Miejskiej) oper­a­tor kotła jest najm­niej win­ny syfu, jaki pro­duku­je, gdyż pali legal­nym pali­wem w sposób zale­cany w instrukcji przez pro­du­cen­ta – kopce­nie to jest sposób pra­cy, jaki pro­du­cent jego kotła przewidzi­ał jako praw­idłowy, przy zachowa­niu wszelkiej staran­noś­ci i najlep­szym nawet pali­wie!

Tak kopcą kotły nabyte w legal­nym obro­cie, zasi­lanie nawet naj­droższym węglem lub drewnem i eksploa­towane zgod­nie z DTR. To jest dra­mat, że aby tego uniknąć, trze­ba częs­to na własne ryzyko pal­ić wbrew zalece­niom pro­du­cen­ta.

Ter­min “kop­ci­uch” zaczął być uży­wany na określe­nie kotła niespeł­ni­a­jącego żad­nych norm emisji bądź po pros­tu każdego kotła zasy­powego (wedle poję­cia osób się nim posługu­ją­cych, jak coś jest nieau­tomaty­czne, to na pewno kop­ci). Ba – ter­az wszys­tko poniżej 5. klasy bywa tak tytułowane.

Wiele z tych dzisiejszych “kop­ci­uchów”, które w codzi­en­nej eksploat­acji fak­ty­cznie kopcą jak wściekłe, ma kwity z lab­o­ra­to­ri­um wedle których speł­nia normy emisji, nakle­jkę “kocioł eko­log­iczny” a nawet gdzie­niegdzie moż­na było na taki sprzęt wyr­wać swego cza­su dotację z tytułu ogranicza­nia “niskiej emisji” (sic!). Mimo że fab­rycznie przewidziano w nich spalanie prze­ci­w­prą­dowe, które z definicji powodu­je kopce­nie na każdym rodza­ju węgla i drew­na.

Dziś “kop­ci­uch”. A wczo­raj…

Jak to możli­we? Pros­ta rzecz. Taki kocioł osią­gał emis­je w grani­cach jakichś (łagod­niejszych jeszcze wtedy, ale nie aż tak bard­zo) norm tylko w lab­o­ra­to­ri­um, gdzie badany był w trak­cie pra­cy na pełnej mocy. Po zain­stalowa­niu w kotłowni rzad­ko kiedy miał okazję pra­cow­ać w takich warunk­ach, więc i emi­tował dalece więcej niż na bada­ni­ach.

Kto za to powinien zaw­is­nąć?

  • Lab­o­ra­to­ri­um? Prze­cież ono tylko real­i­zowało bada­nia wedle obow­iązu­ją­cych norm (jak by się dobrze przyjrzeć, to nawet starało się wymuszać jakieś stan­dardy w cza­sach, gdy żadne normy nie obow­iązy­wały).
  • Pro­du­cent “kop­ci­ucha”? Prze­cież wypro­dukował wyrób, który przeszedł bada­nia. Nie jego wina, że jest użytkowany w warunk­ach dale­kich od tych, w jakich był zbadany.
  • Urzęd­nik roz­da­ją­cy dotac­je? Prze­cież on ma kwit z lab­o­ra­to­ri­um wedle którego ten kocioł jest “eko­log­iczny”.
  • Szary palacz? Prze­cież on wstaw­ił kocioł tak jak instrukc­ja zezwalała. Nigdzie nie było napisane, że powinien go pędz­ić na pełnej mocy a nawet jak­by było trze­ba, to nie zmieś­ci mu się do kotłowni becz­ka na tonę wody, która by to umożli­wiła.

To jest majster­sz­tyk: jest syf, wszyscy są umoczeni, ale nikt nie jest win­ny i nikt nie poczuwa się do odpowiedzial­noś­ci.

A tu cieka­wost­ka w drugą stronę: zasy­powy kocioł miałowy (spala­ją­cy współprą­dowo czyli roz­palany od góry), który w 2004 roku speł­ni­ał w zasadzie kry­te­ria emisyjne obec­nej klasy 5., która pojaw­iła się dopiero 8 lat później. Trze­ba brać poprawkę na być może inne wtedy stan­dardy pomi­arów, ale i tak jest to intere­su­ją­cy przy­padek.

Maski antysmogowe – źle użyte lekarstwo może zaszkodzić bardziej niż choroba

Oso­ba (opty­mal­nie: dziecko) z nien­aw­ist­nym spo­jrze­niem i krzy­wo założoną zbyt dużą jed­no­ra­zową budowlaną maską prze­ci­w­pyłową – to klisza wyko­rzysty­wana w wielu antys­mogowych tem­at­ach. Jed­nocześnie, chy­ba wbrew zami­arowi uży­wa­ją­cych tej fot­ki, obrazu­je on ich dyle­tanct­wo (względ­nie: takie zdję­cia ilus­tra­cyjne grafik zdobył).

Ide­al­ny przykła­da fatal­nie dobranej mas­ki: jed­no­ra­zowa, za duża, źle przyle­ga­ją­ca, z kiep­skim odprowadzaniem zużytego powi­etrza…

Mas­ki antys­mogowe stały się mod­nym ele­mentem garder­o­by nie tylko wielkomiejs­kich hip­sterów na ostrych kołach. Czy ich stosowanie jest uza­sad­nione? Czy może dać tylko pozy­ty­wne efek­ty? Tak to jest tylko u Disney’a.

Trud­no o lep­sze źródło infor­ma­cji na ten tem­at niż Państ­wowy Zakład Higieny. PZH w tym z pozoru nieatrak­cyjnym artyku­liku wskazu­je, czym powin­na się charak­tery­zować dobra mas­ka antys­mogowa:

  • daje się tak dopa­sować, że stale i ściśle przyle­ga do twarzy;
  • ma wymi­enne fil­try, skuteczne w odpowied­nim stop­niu i na takie frakc­je pyłów, jakie wys­tępu­ją w powi­etrzu – tu potrzeb­na będzie umiejęt­ność czy­ta­nia ze zrozu­mie­niem, gdyż bywa, że sprzedaw­cy piszą o maskach cer­ty­fikowanych nawet i przez PZH, ale pod wzglę­dem np. “bez­pieczeńst­wa użytkowa­nia” a nie skutecznoś­ci;
  • nie może nad­miernie utrud­ni­ać odd­y­cha­nia – bo skut­ki niedotle­nienia są poważniejsze niż wdy­cha­nia naj­gorszego nawet smogu;
  • musi skutecznie odprowadzać dwut­lenek węgla i wilgoć – inaczej będzie pog­a­rszać jakość wdy­chanego powi­etrza

Źle dobrana mas­ka antys­mogowa może albo nie dawać żad­nego (poza wiz­erunk­owym) efek­tu, albo wręcz powodować groźne w skutkach niedotle­nie­nie. Dlat­ego PZH pod­kreśla, że oso­by cier­piące na choro­by płuc muszą skon­sul­tować zami­ar i wybór mas­ki antys­mogowej ze swoim lekarzem, aby upewnić się, że sobie nie zaszkodzą.

Sens stosowa­nia masek PZH pozostaw­ia indy­wid­u­al­nej oce­nie. Na pewno dobrze dobrana i właś­ci­wie użytkowana mas­ka daje pozy­ty­wny efekt zdrowot­ny, gdyż obniża ilość pyłów dosta­ją­cych się do płuc. Na ile ten efekt jest istot­ny dla zdrowia, zależy od aktu­al­nego stanu powi­etrza – im gorzej, tym mas­ka więcej daje.