Zakaz palenia w piecach – gdzie jest, gdzie będzie, jak żyć?

Od kilku lat coraz częściej słyszymy o zakazach palenia węglem i drewnem – aż można by schodząc do kotłowni zwątpić, czy jeszcze wolno palić w piecu? Tak, większości wolno – zakazy dotyczą póki co pojedynczych miast (za to większej części Polski dotyczą uchwały antysmogowe czyli wymiana starych kotłów za parę/kilka lat). Jednakże presja na wprowadzanie zakazów będzie rosła. Jeżeli dalej chcemy ogrzewać domy węglem i drewnem, to musimy się ucywilizować. Inaczej przymusowo wylądujemy na gazrurce lub innym droższym ogrzewaniu.

Czy będzie ogólnopolski zakaz palenia węglem i drewnem?

Nie. Nie ma nawet cienia pomysłu zakazu palenia węglem dla całej Polski, choćby bardzo odległego. Po części dlatego, że nie ma takiej potrzeby. Temat zanieczyszczenia powietrza został zepchnięty w kompetencje samorządów województw, co oznacza, że jeśli wprowadzane są zakazy, to na poziome województw lub miast.

Czy w moim mieście będzie zakaz palenia węglem?

Może tak, może nie. Zależy, czy w danej miejscowości istnieje lub uruchomi się grupka działaczy w tym temacie i czy władze będą tematowi sprzyjały czy też nie.

Obserwuj lokalne media. Jeśli coś się dzieje, tam na pewno to wychwycisz.

Skąd się biorą zakazy palenia węglem?

Jak to jest, że tyle lat nikt nie robił problemu z palenia węglem, syf był taki sam albo i gorszy – ale właśnie teraz, w ostatnich kilku latach ludziom zaczęło to przeszkadzać?

Prawdopodobnie składają się na to przemiany społeczne i technologiczne ostatnich lat:

  • Żyje nam się generalnie coraz lepiej, mamy już jako tako zaopatrzone podstawowe potrzeby, więc teraz zaczynamy dbać o komfort. I tutaj chmura obrzydliwego dymu przykrywająca całe osiedle staje ością w gardle.
  • Wyjeżdżamy do krajów cywilizowanych i tam się przekonujemy, że zima nie musi cuchnąć spalenizną.

Ludzie chcą oddychać powietrzem bez smrodu smażonej smoły

Co niektórzy wiążą to nagłe "odkrycie dymu" z masową przeprowadzką młodego pokolenia z bloków do domków pod miastem. Naprawdę są tacy, co żyli ćwierć wieku wśród bloków i nigdy nie widzieli lasu dymiących kominów w zimowy dzień. Przeprowadzają się na osiedle domków, chcą w styczniu o 17.00 przewietrzyć pokój – a tu wpada smród czegoś jakby smoły i przypalonej padliny. Dla człowieka cywilizowanego to jest jak czołowe zderzenie z szambowozem.

kopcenie

Taki obraz pojawia się w głowie każdego z nas na słowo "węgiel". Dlaczego? Bo codziennie na ulicach taki właśnie węgiel widzimy i czujemy.

Nieważne czy dorastaliśmy w bloku, czy na uwędzonym dymem osiedlu domków – żyje nam się coraz lepiej i gdy już pełna lodówka jest normą, zaczynamy zauważać inne problemy. Pojawiła się zatem społeczna presja, by powietrze zimą nie różniło się aż tak wyraźnie w smaku od powietrza latem. Społeczeństwo nie ma pojęcia, że dym i smród nie siedzą w węglu, lecz są efektem podłej technologii jego spalania – dlatego najłatwiej jest ludzi przekonać do popierania zakazu, bo myślą, że to jedyne możliwe rozwiązanie.

Smród dymu znam od małego. Z własnej kotłowni i z podwórka. To był normalny zapach zimy. Gdyby ktokolwiek zaczął widzieć w tym problem, pewnie zaraz podjechałaby karetka i gość w kaftanie lądowałby na stosownym oddziale. A dziś ludziom coś odwaliło i zaczęli w tym widzieć straszliwy problem, prawie zbrodnię przeciw ludzkości. Co się dzieje?

Pewnie wielu z nas tak myśli: bo skoro tak zawsze było, to ja jestem normalny, a tamten jest oszołom. Dla takich mam zapewne rozczarowującą wiadomość: to właśnie rzyganie dymem jest nienormalne, nieopłacalne, nieprzyjemne i uciążliwe – choć oglądaliśmy to całe życie i nikt nie zgłaszał uwag, nie zmienia to faktu, że jest to techniczna patologia.

To się musi zmienić, węgiel i drewno muszą przestać nierozerwalnie kojarzyć się z syfem – tylko wtedy zniknie społeczna presja na zakazy.

Wygryzanie węgla to złoty interes

Węgiel ma większościowy udział w ogrzewaniu polskich domów. To rynek wart miliardy złotych rocznie. Dlatego przeróżni lobbyści ideologiczni i biznesowi wykorzystują rosnącą społeczną niechęć do węgla, aby wygryzać go z rynku, a w jego miejsce wprowadzić swoje wyroby.

We wszystkich wprowadzonych i planowanych zakazach macza swoje macki Polski Alarm Smogowy (pierwotnie: Krakowski Alarm Smogowy, zaś obecnie: zrzeszenie zbliżonych ideologicznie grupek z całego kraju) – organizacja mająca na celu walkę ze smogiem poprzez walkę z węglem i drewnem.

5 tysiecy osób popiera krakowski zakaz

Nie wszędzie stosunek lokalnych władz do zakazów jest entuzjastyczny. Największego antywęglowego szmyrgla ma od lat samorząd województwa małopolskiego. Tam, gdzie władza chce wprowadzić zakaz, wystarczy listek figowy w postaci poparcia promila mieszkańców. Tam, gdzie władza jest obojętna lub przeciw, nawet znacznie liczniejsza grupa niewiele wskóra. Uroki demokracji.

Jakiekolwiek publiczne "ale" względem pomysłu zakazu powoduje, że zieloni obrzucają człowieka gnojem. Tak to robił Dolnośląski Alarm Smogowy w trakcie konsultacji zakazu paliw stałych dla Wrocławia.

Co każdy z nas może zrobić aby zapobiegać kolejnym zakazom?

Każdy jeden właściciel rzygającego dymem komina przyczynia się do wprowadzania kolejnych zakazów palenia węglem i drewnem.

Aby móc nieskrępowanie ogrzewać nasze domy tanimi paliwami, każdy z nas powinien dążyć do tego, aby być jak najmniej uciążliwym dla otoczenia:

  • poprawnie palić w swoim kotle/piecu/kominku
  • jeśli to możliwe, zainstalować nowoczesny kocioł/piec/kominek
  • gdy zaczyna się mówić o zakazie palenia w piecach – brać aktywny udział w konsultacjach społecznych.

Nie jest to wyłącznie robienie łaski sąsiadom. Rzyganie dymem to marnowanie 1/3 paliwa za które co roku płacisz ty, nie sąsiad.

Dlaczego kopalnie albo producenci kotłów pozwalają na kolejne zakazy?

Ktoś mógłby spytać: zaraz, zaraz... dlaczego ja, szarak, mam dbać o wizerunek węgla? Gdzie są ci, co na tym robią największy hajs? Dlaczego jeszcze nie widzieliśmy żadnej kampanii informacyjnej odkłamującej głęboko zabetonowany mit "brudnego paliwa"? Dlaczego jak gdzieś się robi zakaz to nie przyjadą górnicy zrobić zadymę tak jak to robią gdy idzie im o podwyżki?

Obserwuję temat praktycznie od samego początku, od 2013 roku, gdy pojawił się postulat zakazu w Krakowie. Wnioskuję co następuje:

  • Górnictwo, kotlarstwo, sprzedaż opału – to wszystko branże, które mentalnie tkwią gdzieś w okolicach roku 1972.
  • Nie potrafią myśleć dalej niż do końca miesiąca.
  • Nie potrafią myśleć inaczej niż własnym interesem pieniężnym.
  • Zatem czegoś takiego jak "działania wizerunkowe konieczne dla przetrwania całej branży" nie są w stanie objąć rozumem.

Wszelkie moje próby przebicia się z tematem gdziekolwiek w te branże skończyły się fiaskiem. Wiem, że moja siła przebicia jest żadna, ale czy to ja powinienem się ich prosić żeby łaskawie ratowali własne zady – czy może to im powinno bardziej na tym zależeć?