Walka z węglem warta każdej ceny

Od września 2019, kiedy wszedł w życie zakaz palenia węglem i drewnem w Krakowie, trwał wizerunkowy pojedynek na kolory: zwolennicy zakazu kolportowali zielone mapki Krakowa (mające świadczyć jakoby zakaz był złotym środkiem na likwidację smogu), zaś przeciwnicy kontratakowali mapkami czerwonymi (i to miał być dowód jakoby zakaz nic nie dał). To jest w ogóle błędne rozumowanie, nie tylko merytorycznie: zasadniczy cel zakazu został osiągnięty – bo nie jest nim znacząca poprawa jakości powietrza.

Parcie na kolejne zakazy rośnie. Jest to konsekwentnie realizowana przez profesjonalnych lobbystów polityka, wspierana w dobrej wierze przez nieuświadomione masy, której branża węglowo-drzewna nie chce i/lub nie umie się przeciwstawić, mimo że ma ku temu środki, możliwości i niezgorsza argumenty – niestety ma też mocno garażową mentalność.

Krakowski zakaz spełnił swe zadanie

Nieco poważniej do analizy wpływu krakowskiego zakazu na jakość powietrza podchodzi dr Paweł Bogacz z AGH. Jego raport na temat efektów wprowadzenia zakazu paliw stałych w Krakowie opublikowany właśnie przez Izbę Gospodarczą Sprzedawców Polskiego Węgla porównuje poziomy zanieczyszczeń w kilku największych miastach Małopolski na przestrzeni lat.

Najogólniejszy wniosek: nie widać przełomowej poprawy jakości powietrza w Krakowie, jaką nęcono społeczeństw kilka lat temu, przy uchwalaniu zakazu. Obserwowana stopniowa poprawa nie jest istotnie większa niż w innych miastach Małopolski, gdzie zakazu nie ma – a już na pewno nie jest proporcjonalna do ogromnych sum na zakaz wydanych.

Porównajmy to z efektami, jakie 20-30 lat temu przyniósł w Krakowie program poprawy jakości powietrza wart 20 mln dolarów (uwzględniając inflację i obecny kurs – ok. 160 mln dzisiejszych złotych).

Wtedy masowo i kiepsko spalany węgiel był zasadniczym problemem w mieście. 30 lat później znaczenie emisji z lokalnych kominów jak się okazuje było już marginalne.

Czy zatem Kraków zmarnował 300 milionów? Bynajmniej. 300 milionów zostało wydane na pozbycie się z miasta węgla i drewna. Była to decyzja polityczno-ideologiczno-wizerunkowa. Oczywiście branża węglowo-drzewna ciężko na nią przez lata zapracowała, utrwalając swój obrzydliwy wizerunek.

Energetyka kawiorowa

Zwalczanie węgla jest dla zielonego lobbingu celem samym w sobie. Dobrze gdy uda się to zakamuflować pod jakimś szczytnym celem jak np. w pełni słusznym dążeniem do czystszego powietrza. Pomaga tutaj zmieniające się nastawienie społeczne:

  • kopcący komin już jest czymś coraz bardziej znienawidzonym przez otoczenie;
  • kopcący diesel jest wciąż powodem do dumy i rzeczą normalną, szanowaną – dlatego dekarbonizacja transportu musi jeszcze chwilę poczekać, ale spokojnie, nastanie właściwy czas, gdy właściciele dymiących diesli też zaczną być "kopciuchami" i "trucicielami".

Dominująca zielona linia programowa to:

  • Tylko OZE
  • Energia może być dowolnie droga, bo przecież działacz nigdy dna w swoim portfelu nie widział – a biedakom niech państwo dopłaci.
  • Węgiel jest złem nie przez te PM-y czy benzoapireny, ale dlatego, że jest węglem.
  • Spalanie w ogóle jest złem, dlatego biomasa też jest zła, ale może posłużyć (tak jak gaz) do walki z węglem, więc może się chwilowo na coś przydać.

Smog jest sprzymierzeńcem tej linii ideologicznej. Trzeba tylko zakodować ludziom taki dogmat:

Smog siedzi w tym diabelskim wonglu. Tylko rozwój OZE wybawi nas od smogu.

Nawet nie trzeba tego ludziom na siłę kłaść do głów. Wystarczy nie wyprowadzać ich z błędu – niech dalej myślą, że węgiel "zawiera pyły i benzopiren" a jego spalanie to obowiązkowy rzyg dymu po każdej szufli.

Witamy w kraju prawdziwej, corocznej epidemii syfu w powietrzu. Która dotyka prawie każdego i kosztuje nas tysiące...

Opublikowany przez Otwocki Alarm Smogowy Sobota, 4 kwietnia 2020

Jeżeli trafi się coś, co tę narrację zakłóca, a zyskuje rozgłos – musi zostać rozwalcowane. Tak było z nauką bezdymnego palenia. Nie ma obniżania emisji ze spalania węgla/drewna! Albo 100% syfu, albo przejście na (wybrane) OZE.

Tak, smog będzie nas dusił, bo ma on być "motywacją" do pozbywania się węgla i drewna. Źródło: wnp.pl

Forsowaniem tej linii ideologicznej zajmuje się nie tylko Polski Alarm Smogowy czy jakieś duże znane organizacje ekologiczne, ale też różne szerzej nieznane think-tanki, które konsekwentnie utrwalają właściwą narrację i nieźle sobie z tego żyją, bo potrafią się podpiąć pod wypustki publicznej kasy.

Nie można się potem dziwić, że przeszkolony przez zielonych urzędnik nie wie zupełnie nic o węglu/drewnie albo jest nafaszerowany zieloną propagandą. Z drugiej strony nie ma skąd zaczerpnąć rzetelnej wiedzy – bo dziwnym trafem "węglowe" think-tanki nie istnieją. Ciekawe dlaczego?

Nic i długo, długo nic

Jakie są argumenty za węglem/drewnem?

  • spalane w nowoczesnych kotłach i piecach nigdy nie dymią i nie są bardziej szkodliwe niż to, co wypluwa samochód albo elektrownia
  • są źródłem taniego ciepła, które zabezpiecza zdrowie milionów Polaków,
  • są dostępne w kraju, na miejscu, ratują w kryzysowej sytuacji

Niejedna branża dałaby się pokroić za taką możliwość poprawy wizerunku. Niestety branże związane z domowym ogrzewaniem są rozdrobnione, niezorganizowane, patrzą tylko do końca własnego nosa  – przez co po prostu nie potrafią tego wykorzystać. Jedynym, co próbuje to podnosić, jest jakiś randomowy gość na niszowej stronce w internetach – a te informacje powinny lecieć w mediach nie rzadziej niż reklamy suplementów!

Zielony lobbing szkoli samorządowców wedle swojej narracji:

Oczywiście z tych szkoleń uczestnicy nie dowiedzą się o zaletach węgla/drewna i ich nowoczesnym spalaniu. Prędzej zostaną im utrwalone stereotypy albo i żywe kity.

Do kogo mieć pretensje? Do zielonego think tanku, że robi swoje?

Nie – pretensje do tych, co z węgla/drewna żyją a nie rozumieją potrzeby uruchomienia analogicznych szkoleń m.in. dla samorządów.