Niebieskie monstrum pokonane

Zobaczmy, jak pro­sto można uła­twić sobie życie na przy­kła­dzie rela­cji osoby, która posta­no­wiła spró­bo­wać palić czysto.

Do czasu ostat­nich mro­zów tylko “prze­pa­la­łem” w piecu pod­czas robót. Jed­nak jak zaczęło przy­ma­rzać musia­łem grzać już cały czas aby przede wszyst­kim nie dopu­ścić do zmar­z­nię­cia i uszko­dze­nia insta­la­cji CO, poza tym świeżo poło­żone płytki i szpa­chle raczej nie ucie­szyły by się z niskich tem­pe­ra­tur.
I wtedy prze­ży­łem szok, to kan­ciate nie­bie­skie coś w mojej kotłowni oka­zało się opa­ło­żer­nym wiecz­nie głod­nym mon­strum. Aby utrzy­mać tem­pe­ra­turę na pozio­mie 55-60st. musia­łem dosłow­nie co 1–1,5h dorzu­cać spora łopatę węgla.
Opał zni­kał w masa­krycz­nym tem­pie. Nawet zała­do­wany do pełna(ok 40kg węgla) o 20stej o 7dmej rano był już zimny. Dosłow­nie roz­pacz i tragedia.

I wtedy szu­ka­jąc rady i ratunku tra­fi­łem na ten temat. [Eko­no­miczne spa­la­nie węgla kamien­nego]
Po prze­czy­ta­niu kilku pierw­szych postów nie cze­ka­łem długo, pobie­głem do kotłowni, wyją­łem resztki żaru z pieca do bla­sza­nego wia­dra, wybra­łem popiół, zasy­pa­łem piec ok 30kg węgla i na wierzch wsy­pa­łem żar i dorzu­ci­łem tro­chę suchego drewna.
Na miar­kow­niku usta­wi­łem 55st. w gór­nych drzwicz­kach usta­wi­łem szcze­liny na ok 1-2mm a zastawe w czo­pu­chu otwo­rzy­łem na maxa. Roz­pa­lało się powoli ale nie przy­ga­sało. Z komina wydo­by­wała się raczej nie wielka ilość dymu, stop­niowo coraz mniej, tem­pe­ra­tura rosła powoli ale płyn­nie, cią­gle w górę.
Doj­ście do zamie­rzo­nych 55st.trwało ok 40min.
Z komina prze­stało dymić, dosłow­nie bo nic z niego nie wyla­ty­wało.
Otwie­ram drzwiczki, na powierzchni zasypu jest coś w rodzaju roz­ża­rzo­nej sko­rupy z któ­rej wydo­by­wają się nie­bie­skie pło­mie­nie. Jest godz.21. pali się już ok 1,5h. Tem­pe­ra­tura stała i prak­tycz­nie bez wahań, bar­dzo sta­bilna, zero “fuk­nięc” dymu z pieca co się wcze­śniej zdarzało.

Zosta­wiam wszystko jak jest i idę spać, z nadzieją.
Jest godz. 6.30 rano, idę do kotłowni i szok, tem­pe­ra­tura nadal 55st.!!!!!!!.

[…]

Wnio­ski. Wielki szok tym razem pozy­tywny.
Chwalę się tym kole­gom w pracy, pukają się w czoło i mówią że się nie da a poza tym co za róż­nica.
Jeden jed­nak pró­buje. I tez jest w szoku jak ja 😀
Potem pró­bują następni i następni a oni mówią o tym innym któ­rzy maja zwy­kłe kotły, czę­sto stare i pro­duk­cji domo­ro­słych wiej­skich fachow­ców.
Każdy mówi że jest lepiej 😀

 

Link do cało­ści wypowiedzi.

2 myśli nt. „Niebieskie monstrum pokonane

  1. Forged

    Palę w ten spo­sób węglem i drew­nem drugi sezon grzew­czy w sta­rym nie­ocie­plo­nym, ale z nowo­cze­snymi oknami, domu w jed­nym z gor­szych kotłów jakie są spo­ty­kane (“olsz­tyń­ski” do koksu). Nie ma w nim nawet miar­kow­nika ciągu (cugu), a i tak jestem szczę­śliwy. Zanim odkry­łem ten spo­sób moja rodzina była “nie­wol­ni­kiem” kotłowni. W sezo­nie grzew­czym zawsze ktoś musiał być w domu i bawić się w pala­cza. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że dom i “palacz” zawsze śmier­dział “sadzami”, bo trak­cie doda­wa­nia opału “piec” kop­cił nie­mi­ło­sier­nie przez drzwiczki do uzu­peł­nia­nia opału. Obec­nie zasy­puję piec węglem typu orzech, na wierzch zasypu war­stwa drewna, na to drewno drobne szczapki roz­pał­kowe, a do pod­pa­la­nia sto­suję roz­pałkę gri­lową stałą (nasą­czone naftą tek­turki. NIE STOSOWAĆ ROZPAŁKI PŁYNNEJ!!! bo płyn ściek­nie w dół zasypu i tam go pod­pali. A palić ma się od góry!). Po tym jak się drewno ini­cju­jące zapłon węgla “roz­bu­zuje” przy­my­kam odpo­wied­nio wszel­kie drzwiczki kotła (jakieś dwa tygo­dnie testów) i mogę zmy­kać do pracy. Kocioł zosta­wiam “samo­pas”. Nikt go nie kon­tro­luje. Po powro­cie z pracy 10 godzin póź­niej mam na kotle jakieś 40*C i doga­sa­jący, wytwo­rzony z wypa­lo­nego węgla, koks. Jeśli jest bar­dzo zimno, to wygar­niam ten żar do ocyn­ko­wa­nej węglarki, zasy­puję świe­żym węglem kocioł, wrzu­cam na wierzch tro­chę dre­wien, na to ten żar wyjęty wcze­śniej, otwie­ram dolne drzwiczki kotła, i kar­mię koty :). W cza­sie kar­mie­nia kotów zasyp znów się roz­pala, po czym znowu przy­my­kam drzwiczki, i zapo­mi­nam o kotle do kolej­nego ranka. (A w domciu miłe cie­pełko) Wszystko faj­nie i cudow­nie. Tylko, że czło­wiek szybko przy­zwy­czaja się do dobrego, i zaczyna pra­gnąć cze­goś jesz­cze lep­szego. 🙂 Dla­tego w przy­szłym roku wymie­niam kocioł na sys­tem spa­la­nia dol­nego. Wów­czas będę mógł dokła­dać opał w trak­cie pale­nia, a efekt tego będzie jesz­cze bar­dziej eko­lo­giczny (nie­na­wi­dzę tego słowa — eko-terroryści sku­tecz­nie mi je obrzy­dzili), eko­no­miczny, i ergo­no­miczny. http://ranking.czysteogrzewanie.pl/kotly-dolnego-spalania/kociol/mpm-ds P.S. Zapo­mnia­łem dodać, że mniej wię­cej w poło­wie poprzed­niego sezonu grzew­czego mój kolega miesz­ka­jący po dru­giej strony ulicy zapy­tał mnie, czy nie mam kasy na węgiel, bo “widzi, że u mnie się nie pali” 😀 😀 :D. Po pro­stu mój komin pra­wie wcale nie emi­tuje dymu :D

    Odpowiedz
    1. Wojciech Treter Autor wpisu

      Wszystko OK, tylko żar trzeba trzy­mać w jakiejś sta­rej bla­sze do pie­cze­nia w popiel­niku, a nie na wol­nym powie­trzu w kotłowni, bo to stwa­rza zagro­że­nie zatru­cia czadem.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *