Ogrzewanie bez specjalnego nadzoru

Konieczność częstego odwiedza­nia kotłowni to nie naj­gorsze co nęka palaczy kotłów zasy­powych. Łat­wo moż­na zejść do jed­nej-dwóch wiz­yt na dobę. Więk­szy prob­lem jest wtedy, gdy przez pół dnia niko­go nie ma w domu, a budynek wyma­ga grza­nia.

Czy człowiek ucz­ci­wie pracu­ją­cy skazany jest na odgrze­wanie wychłod­zonego domu po powro­cie z pra­cy przez roz­grze­wanie kotła i grze­jników do czer­wonoś­ci? Niekoniecznie. Roz­pala­jąc od góry, bez prob­le­mu moż­na pal­ić raz na 24 godziny, utrzy­mu­jąc stale kom­for­tową tem­per­aturę w domu. Za przykład niech posłużą przy­toc­zone dalej odczy­ty tem­per­atur zebrane w domu ogrze­wanym kotłem roz­palanym od góry.

Stopień trud­noś­ci wzras­ta, gdy spa­da tem­per­atu­ra za oknem i trze­ba pal­ić co 12 godzin. Moż­na napchać do kotła zapas opału, roz­pal­ić i wyjść z domu, ale czy to aby bez­pieczne?

Dom pusty, lecz grzać trzeba

Wydawało­by się, że dom, w którym nie ma niko­go od rana do godz. 16–17, nie musi być w tym cza­sie ogrze­wany albo przy­na­jm­niej moż­na obniżyć w nim tem­per­aturę i będzie to zdrowa oszczęd­ność.

Nie moż­na całkowicie zaprzes­tać ogrze­wa­nia domu na kilka­naś­cie godzin. Bezwład­ność cieplna budynku sprawi, że następ­ne kilka­naś­cie godzin będzie trwało jego odgrze­wanie. Dlat­ego budynek stale zamieszkany musi być też stale ogrze­wany, nawet jeśli przez więk­szą część doby stoi pusty.

Lekkie obniże­nie tem­per­atu­ry ma sens pod warunk­iem, że ogrze­wanie jest w jakimś stop­niu sterowalne. Np. ogrze­wa­jąc kotłem na ekogroszek z odpowied­nią automatyką, dało­by się obniżyć tem­per­aturę w domu o parę stop­ni przed połud­niem, by potem na 1–2 godziny przed powrotem domown­ików dać moc­niej w pal­nik i znów ją pod­nieść do właś­ci­wego poziomu. O kotle gazowym nie wspom­i­na­jąc.

Większość odgrzewa wieczorem

Ogrze­wa­jąc kotłem zasy­powym nie tylko nie ma możli­woś­ci tak dowol­nego sterowa­nia tem­per­aturą w domu, ale może nawet nie być opcji grza­nia, gdy wszyscy są poza domem.

Dlat­ego siłą rzeczy ludzie ogranicza­ją się do pale­nia po połud­niu i wiec­zorem, kiedy wraca­ją do domów. Takie przepalanie musi być szy­bkie i ostre, by czym prędzej uczynić prze­by­wanie w domu znośnym, bez ubiera­nia kale­son i kufa­j­ki. Nie jest to eko­nom­iczne ani zdrowe, ale ludziom wyda­je się, że innego rozwiąza­nia nie ma. Sko­ro wszyscy tak robią…

Od góry za wolno się hajcuje

Inne rozwiązanie ist­nieje: to ciągłe grzanie, w kotłach górnego spala­nia połąc­zone z roz­palaniem od góry. Należy zastąpić ostre haj­cow­anie dłuższym, łagod­niejszym grzaniem, co poz­woli utrzy­mać tem­per­aturę w domu na god­nym poziomie, bez więk­szych wahań.

Lecz zas­tosowanie tej metody może rozbić się o utr­walone nawy­ki. Gdy ktoś przyzwycza­jony do popołud­niowego odgrze­wa­nia chałupy spróbu­je roz­pala­nia od góry, najpewniej czeka go zawód. Do tej pory roz­palał trady­cyjnie o 17 i haj­cow­ał ostro, a o 18 miał już dawno gorące grze­jni­ki (co jeszcze nie daje kom­for­tu cieplnego, ale kom­fort psy­chiczny już jak­iś jest).
Po roz­pale­niu od góry mija godz­i­na, a grze­jni­ki są dopiero led­wo ciepłe. Gorące będą o 18, a przyz­woicie ciepło zro­bi się o 21.

W kotle żywy ogień, ale grze­jni­ki wol­no się nagrze­wa­ją… To jakaś lip­na meto­da dla emery­tów, co mają czas czekać pół dnia, aż zro­bi się ciepło! Co z tego, że czyś­ciej czy taniej, jak ludzie marzną!

Taka oce­na sytu­acji wyni­ka z utr­walonego schematu pale­nia: szy­bko, ostro naha­j­cow­ać! Paląc od góry, trze­ba ten schemat wymienić na: dłużej, wol­niej, ale bez gwał­townych wahań. Odgrzanie wyz­iębionego domu musi potr­wać. Właś­ci­wy efekt stosowa­nia roz­pala­nia od góry będzie widać dopiero, gdy dom się nagrze­je — czyli po kilku dni­ach.

Na tym pole­ga filo­zofia stałego grza­nia — wygrzać dom do właś­ci­wego poziomu, a potem nie pozwalać mu wystygnąć. Tem­per­atu­ra w domu stop­niowo będzie się zatrzymy­wać na coraz wyższym pułapie, w miarę jak mury będą się wygrze­wać. W końcu dojdzie do tego, że pale­nie przez 10–12 godzin podob­ną iloś­cią opału jak przy przepala­niu poz­woli w prze­cięt­ny zimowy dzień utrzy­mać godzi­wą tem­per­aturę przez całą dobę, do następ­nego roz­pale­nia.

Jak rzecz wygląda w praktyce

Oto rzeczy­wisty przykład pokazu­ją­cy, że możli­we jest ogrze­wanie domu sposobem roz­pala­nia od góry bez koniecznoś­ci zostawa­nia bezro­bot­nym lub emery­tem.

Na pod­staw­ie prowad­zonych całą dobę pomi­arów tem­per­atur pra­cy insta­lacji grzew­czej oraz tem­per­atu­ry wewnątrz i na zewnątrz domu pokażę, w jakich godz­i­nach i ile razy trze­ba było roz­palać przy różnych warunk­ach zewnętrznych, jak dłu­go trwało nagrzanie insta­lacji i osiąg­nię­cie efek­tu w postaci kom­for­tu cieplnego w domu.

Filozofia grzania

W budynku, który posłuży za przykład, kom­for­towa zdaniem domown­ików tem­per­atu­ra to +21st.C i taka śred­nia zosta­je przyję­ta za docelową, nato­mi­ast waha­nia tem­per­atu­ry następu­ją w zakre­sie +20 do +23st.C, w spo­rady­cznych przy­pad­kach +19 do +25st.C. Takie a nie inne wartoś­ci wynika­ją z pref­er­encji mieszkańców, a nie chę­ci oszczęd­noś­ci — nie ma prob­le­mu, by były to inne, wyższe lub niższe tem­per­atu­ry, bo filo­zofia pale­nia pozostanie taka sama.

Dni sezonu grzew­czego dla każdego domu ogrze­wanego kotłem zasy­powym moż­na podzielić na trzy kat­e­gorie różniące się częs­totli­woś­cią roz­pala­nia w kotle:

  • dni ciepłe — z tem­per­aturą na zewnątrz pon­ad +5st.C, z roz­palaniem co 48h lub rzadziej
  • dni zimne - z tem­per­aturą na zewnątrz między +5 a -5st.C, z roz­palaniem co 24h
  • dni mroźne — gdy na zewnątrz jest poniżej -5st.C, z roz­palaniem co 12h

Dla różnych budynków te graniczne tem­per­atu­ry będą różne, ale podzi­ał tego typu w każdym domu będzie wyglą­dał podob­nie.

Dni “ciepłe”

W dni ze śred­nią dobową pon­ad +5st.C w tym konkret­nym domu wystar­czyło roz­palać co 24h z mniejszym zasypem bądź co dwie doby z więk­szym. Wykres poniżej pokazu­je taką właśnie sytu­ację z początku listopa­da 2013.

Nie ma tu żad­nego prob­le­mu tech­nicznego. Przy tej częs­toś­ci roz­pala­nia moż­na dowol­nie wybrać porę pale­nia. Jeśli dni są słoneczne, a noce zimne, to korzyst­niej będzie roz­palać wiec­zorem, bo nocą dom bardziej styg­nie, a za dnia dogrze­wa go słońce.

Dni “zimne”

Mając praw­idłowo dobrany mocą kocioł, najczęś­ciej w ciągu sezonu grzew­czego trze­ba roz­palać co 24 godziny.

Wykres powyżej pokazu­je taki typowy 24-godzin­ny cykl pale­nia z 20–21 sty­cz­nia 2014. Roz­pale­nie wypa­da o 15.00, ale równie dobrze moż­na by je prze­sunąć na 13. czy 19. Godz­i­na roz­pale­nia nie ma więk­szego znaczenia — przez ok. 20 godzin tem­per­atu­ra jest wyższa od opty­mal­nej (+21st.C). Jedynie kil­ka godzin tuż przed i tuż po roz­pale­niu jest niez­nacznie chłod­niej, ale nadal znacznie cieplej niż było­by przy trady­cyjnym przepala­niu, w oczeki­wa­niu aż grze­jni­ki staną się gorące.

Palacze-sprint­erzy częs­to pyta­ją: jak szy­bko masz gorące grze­jni­ki? W tym przy­pad­ku (przewymi­arowana insta­lac­ja grzew­cza) tem­per­atu­ra grze­jników wystar­cza­ją­ca do ogrza­nia domu to ok. 45st. Powyżej widać, że tem­per­atu­ra w pomieszcze­niu pomału idzie w górę już po godzine, gdy grze­jni­ki osią­ga­ją 40st.C, a 45st.C zosta­je osiąg­nięte po dwóch godz­i­nach.
Te cza­sy są względne i zmieni­a­ją się wraz z warunk­a­mi zewnętrzny­mi. Ale szy­bkość nie ma tu więk­szego znaczenia — w domu nie jest zim­no, nie “ciąg­nie po nogach”, a śred­nia tem­per­atu­ra wewnątrz jest utrzymy­wana na założonym poziomie +21st.C, przy waha­ni­ach od ok. +20 do ok. +23st.C.

3/4 sezonu grzew­czego to właśnie takie dni wyma­ga­jące roz­pale­nia raz na 24 godziny. Jak widać nie trze­ba roz­palać o dzi­wnych czy niewygod­nych porach. Wystar­czy jed­no­ra­zowe roz­pale­nie od góry po połud­niu, by dom był stale wygrzany. Dowol­ność wyboru pory roz­pale­nia nie zmusza do poświeca­nia kari­ery zawodowej na rzecz doglą­da­nia kotła.

Dni mroźne

Gdy tem­per­atu­ra na zewnątrz spa­da poniżej -5st.C, sytu­ac­ja nieco się kom­p­liku­je. Konieczne sta­je się pale­nie non-stop, z roz­pale­niem co 12 godzin.

Wykres powyżej to właś­ci­wie jedyny min­ionej zimy krót­ki okres, kiedy zaszła konieczność pale­nia co 12 godzin. Widać prze­jś­cie z 24-godzin­nego cyk­lu pale­nia na krót­szy, 12-godzin­ny. Wymusza to roz­palanie z rana i wiec­zorem.

Widać z jak dużym opóźnie­niem dom reagu­je na zmi­anę tem­per­atu­ry na zewnątrz — ok. 48 godzin. Dopiero gdy tem­per­atu­ra na zewnątrz nurku­je poniżej -5st.C, wewnątrz zaczy­na się robić chłod­niej o wiele szy­b­ciej i częst­sze roz­palanie sta­je się koniecznoś­cią.

Godziny roz­pala­nia nie są dokład­nie takie same co dnia, a to dlat­ego, że poran­ny zasyp nie zawsze wypala się do zera w takim samym cza­sie. Mimo, że jest mniejszy po to, aby skończył się pal­ić w ok. 10h, cza­sem żaru jest jeszcze za dużo, by wybrać go do popiel­ni­ka i roz­pal­ić ponown­ie. Dlat­ego bywało, że drugie roz­pale­nie wypadło nawet o 22. Unikanie takich sytu­acji to kwes­t­ia wprawy w dobra­niu pier­wszego zasy­pu.

Mimo solid­nego (jak na Dol­ny Śląsk i min­ioną “zimę”) mrozu, tem­per­atu­ra w domu jest utrzy­mana na właś­ci­wym poziomie. 27. i 28. sty­cz­nia nie skacze już tak wysoko do +24st.C, ale też nie spa­da poniżej +21st.C. Widać też lekkie obniże­nie tem­per­atu­ry na kotle w tych dni­ach w początkowej fazie pale­nia spowodowane śred­nio udany­mi ekspery­men­ta­mi ze spalaniem pozostałego z węgla miału.

Czy można pozostawić kocioł bez nadzoru?

Pale­nie przez całą dobę ujaw­nia ważny prob­lem: czy to bez­pieczne, by roz­pal­ić w kotle i zostaw­ić go samopas na pół dnia, gdy niko­go nie ma w domu?

Zasy­powy kocioł węglowy jest urządze­niem na tyle nieprzewidy­wal­nym, że już zdrowy rozsądek wystar­czy, by ocenić taki pomysł jako ryzykowny. Tylko gdzie jest grani­ca między rozsąd­kiem a para­no­ją?

Co na to fabryka

Więk­szość instrukcji obsłu­gi kotłów zasy­powych — także tych z nad­muchem — zaw­iera zas­trzeże­nie, że zgod­nie z przepisa­mi (nikt nie wyjaś­nia, jaki­mi konkret­nie), kocioł wyma­ga stałego nad­zoru. Co ciekawe, takie same zapisy zna­j­du­ją się nawet w DTR kotłów poda­jnikowych, których raczej nikt nie pil­nu­je.

Czyż­by żad­nego kotła węglowego nie moż­na było zostaw­ić bez nad­zoru? Najpierw ustalmy, jak rozu­miemy nadzór. Sami pro­du­cen­ci nie są zgod­ni, uży­wa­ją min. dwóch znaczeń:

  1. sprawdzanie, czy kocioł pracu­je bez prob­lemów
  2. odwiedziny w celu podrzu­ca­nia opału.

Oczy­wiś­cie kotły górnego spala­nia uży­wane zgod­nie z instrukcją obsłu­gi wyma­ga­ją stałego nad­zoru rozu­mi­anego jak w punkcie 2. Ale roz­palone od góry mogą się obyć bez człowieka co najm­niej 10–12 godzin.

Gdy nadzór rozu­miemy jako kon­trolowanie sytu­acji, takie zapisy to w dużej mierze aseku­rac­ja pro­du­cen­ta. Na pracę kotła wpły­wa wiele czyn­ników, ot choć­by jakość opału, insta­lac­ja grzew­cza, stan kom­i­na czy zasi­lanie elek­tryczne. Na więk­szość z nich pro­du­cent nie ma wpły­wu, nawet jeśli kocioł posi­a­da automatykę, dlat­ego lep­iej napisać, że w razie “w” to człowiek jest odpowiedzial­ny za sytu­ację i lep­iej żeby miał na kocioł oko.

Czym to może grozić

Zostaw­ie­nie kotła zasy­powego bez nad­zoru to brak możli­woś­ci sterowa­nia jego pracą, a raczej wiara w to, że ustaw­ienia dobrane przed wyjś­ciem z domu zapewnią właś­ci­wą pracę kotła. Jeśli coś źle ustaw­imy, to grozi to głównie jego wygaśnię­ciem lub prze­grzaniem, ale nie moż­na zapom­i­nać o sytu­ac­jach wyjątkowych. Niech no zat­nie się miarkown­ik w pozy­cji otwartej, odpad­nie klap­ka dawku­ją­ca powi­etrze w drzwiczkach, wrona wpad­nie do kom­i­na i go zat­ka lub kocioł pęknie na pół, wysy­pu­jąc żar na skład­owane tuż obok kartony. Czarne sce­nar­iusze moż­na mnożyć.

Zaczni­jmy więc do najczarniejszych. Czy zostaw­ia­jąc samopas roz­palony kocioł zasy­powy ryzyku­jesz zniszcze­niem lub dewastacją chałupy? Jak mogło­by do tego dojść?

  • pożar — aby doszło do pożaru, kocioł musi­ał­by gwał­town­ie pęknąć na pół, bo zamknię­ty szczel­nie nie jest w żad­nym miejs­cu na tyle gorą­cy, by wywołać zapłon choć­by papieru. Nagły roz­pad kotła jest mało real­ny, nawet gdy­by w środ­ku wybuchł prze­my­cony w węglu granat. Jeśli już, to gorą­cy żar zostanie zalany wodą z insta­lacji, więc szanse na zapale­nie czegokol­wiek w pobliżu male­ją.
  • pożar kom­i­na — nie moż­na wyk­luczyć, ale jeśli ma się w nim co pal­ić, to sam sobie nagra­biłeś.
  • wybuch kotła na skutek prze­grza­nia — też jest wysoce niere­al­ny, o ile insta­lac­ja jest wyko­nana zgod­nie z przepisa­mi, bo wtedy zaw­iera ona szereg zabez­pieczeń przed taką sytu­acją.
  • zago­towanie wody w insta­lacji — nie niesie aż tak poważnego niebez­pieczeńst­wa — znów, o ile insta­lac­ja jest wyko­nana praw­idłowo, to jest ona zabez­piec­zona przed niekon­trolowanym wzrostem ciśnienia. Samo gotowanie wody nie uszkodzi insta­lacji, która jest zbu­dowana poprawnie i z właś­ci­wych mate­ri­ałów.

Zagroże­nie ze strony pozostaw­ionego samopas kotła sprowadza się więc głównie do ryzy­ka niewłaś­ci­wego nastaw­ienia dopły­wu powi­etrza. Ustaw­ie­nie kotła w taki sposób, by po zasy­pa­niu i pod­pale­niu radz­ił sobie dalej sam, jest sztuką i wyma­ga dobrej zna­jo­moś­ci zachowa­nia kotła i pali­wa, ale nie jest nieosią­galne, co zresztą możesz zauważyć zimą — roz­pala­jąc codzi­en­nie, z każdym dniem wykonu­jesz tę czyn­ność z więk­szą pow­tarzal­noś­cią i bez prob­lemów. Nawet jeśli zaglą­dasz po roz­pale­niu do kotłowni, to zwyk­le tylko po to, by potwierdz­ić, że wszys­tko jest w porząd­ku.

Nie moż­na zapom­i­nać o pale­niu w nocy — wtedy częs­to kocioł pracu­je, bo musi, mimo że nikt go nie pil­nu­je. Domown­i­cy śpią z tą myślą spoko­jnie, a prze­cież kat­a­log zagrożeń w tym wypad­ku jest nawet szer­szy niż gdy mieszkań­cy prze­by­wa­ją poza domem. Dochodzi np. możli­wość zatru­cia cza­dem, gdy­by komin się zatkał. Ale znowuż wystar­czy ele­men­tar­na kul­tura tech­nicz­na (czyszcze­nie i kon­tro­la stanu kom­i­na), by ryzyko takich wypad­ków niemal wye­lim­i­nować (wrony nocą nie lata­ją).

Jaki wniosek?

Gdy tylko to możli­we, lep­iej mieć kocioł zasy­powy na oku. Ale bez zostaw­ia­nia go samopas choć­by na część nocy, trud­no będzie ogrzać dom już przy słabych przym­rozkach.

Zagroże­nie ze strony pracu­jącego kotła węglowego jest podob­ne zarówno gdy ludzie są w domu jak i wtedy, gdy niko­go nie ma. Więk­sze ryzyko zwyk­le ściągamy na siebie sami, ole­wa­jąc przepisy i normy tech­niczne. Dlat­ego nie moż­na zapom­i­nać o utrzy­ma­niu w sprawnoś­ci kotła, kom­i­na, insta­lacji grzew­czej, bez­pieczeńst­wie pożarowym w kotłowni i nie żałować stu zło­tych na czu­jnik czadu.

Sytu­ac­ja, gdy kocioł zosta­je bez nad­zoru wyda­je się bardziej niebez­piecz­na zapewne z tej przy­czyny, że będąc poza domem nie wiesz co się tam dzieje i snu­jesz czarne wiz­je. Będąc w domu możesz zajrzeć do kotłowni i kon­trolować sytu­ację, a w razie czego zareagować.

Czy zostaw­iać pracu­ją­cy kocioł sam w domu? Na to musisz sam znaleźć odpowiedź, biorąc pod uwagę wyżej wspom­ni­ane zagroże­nia, pamię­ta­jąc o zapo­b­ie­ga­niu im, a zarazem nie prze­sadza­jąc z obawa­mi, bo biorąc to zbyt serio, musi­ałbyś w ogóle unikać wchodzenia do domów, w których są kotły węglowe.

Palacz-emeryt albo bufor ciepła

Czy roz­palanie od góry dzi­ała wyłącznie u emery­tów z nad­mi­arem cza­su? Jak widać — nie tylko. Trze­ba jedynie wdrożyć je na serio, a przez 2/3 sezonu grzew­czego mamy zapewniony stale ciepły dom przy mniejszym nakładzie cza­su i pieniędzy.

Sytu­ac­ja robi się bardziej złożona w więk­sze mrozy, gdy trze­ba pal­ić na okrągło, a my mamy życie poza domem. Tu również roz­palanie od góry świet­nie się sprawdzi, ale jeśli zdarza się, że w domu nie ma niko­go, to pozostaw­ie­nie pracu­jącego kotła bez nad­zoru nie jest już takie oczy­wiste.

Konieczność choć­by min­i­mal­nego nad­zoru to wrod­zona wada kotłów zasy­powych, a nie samej metody pale­nia w nich. Moż­na to obe­jść na co najm­niej dwa sposo­by:

  • mając w domu kogoś z nad­mi­arem wol­nego cza­su i robiąc z niego palacza
  • instalu­jąc bufor ciepła — zbiornik o odpowied­niej pojem­noś­ci poz­woli pal­ić tylko przez kil­ka godzin na dobę, by przez resztę cza­su (pod­czas nieobec­noś­ci) dom był grzany ciepłem zgro­mad­zonym w buforze, a kocioł nie musi­ał wtedy pra­cow­ać

Nie mając ani eta­towego palacza, ani bufo­ra ciepła, pozosta­je odgrze­wać dom w godz­i­nach, w których ktoś w nim prze­by­wa. Jed­nak w najwięk­sze mrozy takie pode­jś­cie jest skazane na porażkę, bo nie sposób nadro­bić całodzi­en­nego wychłodzenia w ciągu wiec­zo­ra.

To kole­jny argu­ment, by nie pakować “śmieci­ucha” bez bufo­ra ciepła do nowego domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.